Kościół Świętego Andrzeja Boboli
oraz inne kościoły Milicza
(2-języcznie po angielsku For English version click on this flag i polsku Dla polskiej wersji kliknij na ta flage)
Uaktualizowano:
15 września 2007


Kliknij "X" lub "No" jeśli sabotażująca plansza rzekomych błędów usiłuje przeszkodzić w oglądnięciu tej strony.



Menu 1:

(Wybór języka:)


(Strona główna:)

Index

(Po polsku
na tej witrynie:)

Św. A. Bobola

Miasto Milicz

Bitwa o Milicz

Liceum Ogólnokształcące w Miliczu

Klasa Pani Hass z LO Milicz

Zwiedzaj Wszewilki i Milicz

Wieś Wszewilki

Wszewilki jutra

Zlot "Wszewilki-2007"

Unieważniony Zjazd "2007"

Poprzedni Zlot "2006"

Raport Zlotu "2006"

Malbork

Wrocław

Darmowa energia

Telekinetyczne ogniwo

Telekineza

Strefa wolna od telekinezy

Telepatia

Sejsmograf

Artyfakt

Koncept Dipolarnej Grawitacji

Totalizm

Pasożytnictwo

Karma

Prawa moralne

Wehikuły czasu

Napędy

Magnokraft

Komora oscylacyjna

Militarne użycie magnokraftu

Tapanui

Nowa Zelandia

Dowody działań UFO na Ziemi

UFO

Chmury-UFO

Bandyci wśród nas

Tornado

Huragany

Katrina

Lawiny ziemne

Zburzenie hali w Katowicach

Ludobójcy

26ty dzień

Przepowiednie

Plaga

Podmieńcy

WTC

Columbia

Kosmici

UFOnauci

Zło

Antychryst

O Bogu

Nirwana

Prawda

O mnie (dr Jan Pająk)

Poszukuję pracy

Aleksander Możajski

Świnka z chińskiego zodiaku

Zdjęcia ozdobnych świnek

Owoce tropiku

Uzdrawianie

Ewolucja ludzi

Wszystko-w-jednym

Grecka klawiatura

Rosyjska klawiatura

Rozwiązanie kostki Rubika 3x3=9

Rozwiązanie kostki Rubika 4x4=16

Lepsza ludzkość

Partia totalizmu

Absolwenci 1970

FAQ - częste pytania

Replikuj

Sabotaże

Menu 2

Menu 4

Źródłowa replika strony menu

Tekst [8p]

Tekst [7]

Tekst [7/2]

Tekst [7b]

Tekst [6/2]

Tekst [5/4] 1, 2, 3

Tekst [4c]: 1, 2, 3

Tekst [4b]

Tekst [3b]

Tekst [2]

Tekst [1/3]: 1, 2, 3

X tekst [1/4]:

Monografia [1/4]:
P, 1, 2, 3, E, X

Monografia [1/5]:


(In English
here:)

Milicz

Wszewilki

Wszewilki of tomorrow

Malbork

Wroclaw

Free energy

Telekinetic cell

Telekinesis

Telekinesis Free Zone

Telepathy

Seismograph

Artefact

Concept of Dipolar Gravity

Totalizm

Parasitism

Karma

Moral laws

Time vehicles

Propulsion

Magnocraft

Oscillatory Chamber

Military use of magnocraft

Tapanui

New Zealand

Evidence of UFO activities

UFO

Cloud-UFOs

Bandits amongst us

Tornado

Hurricanes

Katrina

Landslips

Demolition of hall in Katowice

Predators

26th day

Plague

Changelings

WTC

Columbia

Aliens

UFOnauts

Evil

Antichrist

About God

Nirvana

Truth

About me (Dr Jan Pająk)

My job search

Aleksander Możajski

Pigs from Chinese zodiac

Pigs Photos

Tropical fruit

Healing

Evolution of humans

All-in-one

Greek keyboard

Russian keyboard

Solving Rubik's cube 3x3=9

Solving Rubik's cube 4x4=16

Better humanity

Party of totalizm

FAQ - questions

Replicate

Sabotages

Menu 2

Menu 4

Source replica of page menu

Text [8e]

Text [7]

Text [7/2]

Text [6/2]

Text [5/3]

X text [2e]

Text [2e]: 1, 2, 3

X text [1e]

Text [1e]: 1, 2, 3

X text [1/4]:

Monograph [1/4]:
E, 1, 2, 3, P, X

Monograph [1/5]:


(Hier auf Deutsch:)

Freie Energie

Telekinesis

Moralische Gesetze

Totalizm

Über mich

Menu 2

Menu 4

Quelreplica dieser Seite


(Aquí en espańol:)

Energía libre

Telekinesis

Leyes morales

Totalizm

Sobre mí

Menu 2

Menu 4

Reproducción de la fuente de esta página


(Ici en français:)

Énergie libre

Telekinesis

Lois morales

Totalizm

Au sujet de moi

Menu 2

Menu 4

Reproduction de source de cette page


(Qui in italiano:)

Energia libera

Telekinesis

Leggi morali

Totalizm

Circa me

Menu 2

Menu 4

Replica di fonte di questa pagina




Menu 2:

(Przesuwne)

(Oto wykaz wszystkich stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach. Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij na nią aby ją uruchomić:)

Tu powinna być wyświetlona strona menu2.htm.

(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję "Menu 2".)



Menu 3: (Alternatywne adresy internetowe tej witryny, np.:)

energia.sl.pl

members.fortunecity.com

milicz.fateback.com

propulsion.250free.com

storm.prohosting.com/craters

timevehicle.150m.com

www.totalizm.pl

ufonauci.w.interia.pl

a.1asphost.com/Tapanui

extraordinary.biz.ly

i.1asphost.com/1964

mozajski.freewebspace.com

prawda.20fr.com

tapanui.ifastnet.com

energy.atspace.org

evidence.ueuo.com

evil.thefreehost.biz

fruit.sitesled.com

gravity.my-place.us

healing.happyhost.org

karma.freewebpages.org

nirvana.scienceontheweb.net

parasitism.host-ed.net

wszewilki.greatnow.com




Menu 4:

(Przesuwne)

Oto wykaz wszystkich moich stron ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami (tj. jako strony po polsku, angielsku, niemiecku, francusku, hiszpańsku, włosku, grecku, oraz rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione są przedmiotowo. Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij na nią aby ją uruchomić:

Tu powinna być wyświetlona strona menu.htm.

(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję "Menu 4".)


Motto: "Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości. Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego - którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem ..." (Cytowanie z bibilijnej Ew. św. Jana 1:6-14.)

Mam na imię Jan i witam na mojej stronie etnicznej prezentującej głównie opowieści dawnych ludzi na temat kościołów Milicza. Tylko mała część z tego co na stronie tej zaprezentowałem wynika albo z moich osobistych doświadczeń życiowych, albo też z badań naukowych które prowadzę. Gro zaś owych informacji pochodzi z opowiadań dawnych ludzi jakie zasłyszałem w swoim dzieciństwie i jakie tutaj powtarzam.
       Na ile owe zasłyszane w dzieciństwie opowieści ludowe są poprawne, tego nie jestem w stanie ocenić. Niektóre z nich bywały bowiem bardzo niezwykłe i kontrowersyjne. Przykładowo, na początku XX wieku folklor ludowy okolic Cieszkowa, Stawca i Wszewilek twierdził, że grasował tam niejaki "Sapieha" - który ponoć miał być "czarnoksiężnikiem" (Zgodnie z tym folklorem, "czarnoksiężnik" to miała być istota o nadprzyrodzonych mocach, podobnych do mocy dzisiejszych "UFOnautów" czy magika Davida Copperfielda, oraz typowo o wysoce nieżyczliwym dla ludzi charakterze. Istota ta miała się lubować z torturowaniu, prześladowaniu i zamęczaniu ludzi. Jedyna różnica pomiędzy nimi, a innymi "nadprzyrodzonymi" istotami wówczas zwanymi "diabłami", była taka że "czarnoksiężnicy" żyli wśród ludzi, wyglądali dokładnie jak ludzie, oraz wszyscy naokoło znali ich, a także znali ich przeszłość. Dlatego uważali ich za ludzi którzy tylko nabyli nadprzyrodzonych mocy poprzez studiowanie tajemnej wiedzy z "zakazanych/czarnych ksiąg". W obecnych jednak czasach, kiedy jest nam już doskonale wiadomo, że istnieje rasa szatańskich UFOnautów która wygląda identycznie do ludzi oraz której agenci po odpowiedniej operacji plastycznej podmieniani są pod wybranych ludzi aby lepiej móc szpiegować i kontolować ludzkość, owych "czarnoksiężników" byśmy teraz raczej uważali za tzw. podmieńców.) Ciągle w czasach mojego dzieciństwa, tj. w późnych latach 1940tych oraz wczesnych 1950tych, na owym obszarze dzieci straszono szeptanym ostrzeżeniem "Sapieha leci" (podobno latał on jak ogromny nietoperz - był więc jakby pierwowzorem dla charakterów z amerykańskich filmów o "Batman"). Więcej informacji na temat opowieści o owym "czarnoksiężniku" Sapieha przytoczyłem w punkcie #G1 tej strony. Inne opowieści są bardziej sprawdzalne. Przykładowo opowieści, że przy obecnej tamie na Baryczy istniał prastary młym, ja sam sprawdzałem w czasach swej młodości i faktycznie widziałem tam pozostałości zastaw, stawu, oraz koła młyńskiego. Podobnie fakty podpierają starą opowieść, że jedna z odnóg prastarego "Bursztywowego Szlaku" wiodła obok dzisiejszej ulicy Krotoszyńskiej Milicza i potem dalej ową starą polną drogą do Stawca. (Tą samą polną drogą przy której po wojnie znajdowały się cztery bezimienne groby niemieckich żołnierzy wspominane na stronie z opisem bitwy o Milicz.) Faktem który to doskonale potwierdza, jest wydatne obniżenie owej polnej drogi do Stawca w stosunku do otaczającego tą drogę pola. W niektórych miejscach poziom tej drogi jest obniżony o niemal 2 metry w odniesieniu do poziomu otaczających ją pól. To zaś oznacza, że ta prastara droga była intensywnie używana i to przez długi okres czasu. Z kolei w wyniku tego intensywnego używania, oraz jej położenia na pochyłym terenie, jej poziom uległ aż tak znacznemu obniżeniu. (Odnotuj, że ten sam folklor stwierdzał, że druga odnoga owego "Bursztynowego Szlaku" wiodła obok prastarego kościółka we Wszewilkach.)


Część A: Informacje wprowadzające tej strony:

      


#A1. Jaki jest cel tej strony:

       Głownym celem niniejszej etnicznej strony internetowej o milickim kościele pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli, a także o innych kościołach Milicza, jest zaprezentowanie opowieści folklorystycznych na ich temat. Znaczy jest opisanie "co dawniej ludzie gadali na temat tychże kościołów". Sporo informacji podanych na tej stronie byłoby ogromnie trudno sprawdzić w historycznych źródłach. Do dzisiaj bowiem nie zachowały się dokumenty które by je podpierały. Niemniej ciągle warto poznać co tradycja mówiona miała nam do przekazania na ten temat.
       Dodatkowym celem tej strony jest wskazanie linków do innych stron posiadających z nią związek tematyczny. Najważniejsza z tych tematycznie związanych stron, to strona o wsi Wszewilki. Opisuje ona dalsze szczegóły na temat owych kościołów Milicza, szczególnie zaś na temat prastarego kościółka romańskiego z podmilickiej wsi Wszewilki. Kolejna strona także tematycznie związana z omawianymi tu kościołami, to strona o zwiedzaniu Wszewilek i Milicza. W swoim punkcie #8.2 strona ta opisuje "nieoficjalne szlaki wędrowne" w obrębie i wokół wsi Wszewilki. Jeden z owych "szlaków" umożliwia zwiedzenie ogromnego dołu w ziemi jaki pozostał do dzisiaj po usunięciu prastarego romańskiego kościółka z Wszewilek, wraz z kilkoma kondygnacjami piwnic które kiedyś istniały pod owym kościółkiem. Inna też tematycznie związana strona to strona o Wszewilkach naszego jutra". Opisuje ona moje marzenia na temat przyszłej odbudowy oryginalnego ryneczka Wszewilek - włączając w to ów kościółek który kiedyś tam istniał.


Część B: Warunki w jakich działały kościoły Milicza:

      

#B1. Milicz - miasto "usług hotelowych" dla tzw. Bursztynowego Szlaku:

       Zgodnie z tym co wyjaśniono na stronie o Miliczu, będąc rodzajem "miasta hotelowego" na ogromnie ważnym w starożytnosci "Bursztynowym Szlaku", Milicz z czasem przekształcił się w dostawcę usług dla podróżnych. Dostarczał on podróżnym wszelkich usług hotelowych, ochronnych, wykonawczych i duchowych. Kupcy i przejezdni zatrzymywali się w nim na noc, odpoczywali, jedli, pili, handlowali, uzupełniali zapasy, naprawiali uszkodzone wyposażenie, grzebali swoich zmarłych w drodze, zaś w czasach kiedy chrześcijaństwo upowszechniło się w Europie, również modlili się w milickich kościołach o szczęśliwy przebieg ich dalszej podróży. Kościoły pełniły więc w Miliczu nie tylko rolę świątyń dla miejscowych ludzi, ale dodatkowo dostarczały istotnych "usług duchowych" dla przejeżdżających przez to miasto podróżnych. Milicz posiadał więc relatywnie dużo kościołów (i cmentarzy) w stosunku do liczby swoich mieszkańców. Zgodnie z dzisiejszym stanem mojej wiedzy na ich temat, w samym Miliczu niemal zawsze były po dwa kościoły i cmentarze działające równocześnie, zaś po roku 1714 aż trzy. Ponadto dwa dalsze kościoły działały niedaleko od Milicza w pobliskich Wszewilkach i w Karłowie. Krótkie opisy historii tych pięciu kościołów Milicza i jego najbliższych okolic zawarte są w następnej częśći C tej strony. Największym z nich z czasem stał się kościół Św. Andrzeja Boboli, którego opisowi poświęcona jest właśnie niniejsza strona.
       Czytelnika może zastanawiać, jak to się działo, że relatywnie niewielki Milicz posiadał aż 5 kościołów. Odpowiedzi na to udziela właśnie analiza owego Bursztynowego Szlaku przebiegającego przez Milicz. Milicz leżał bowiem na ważnym rozgałęzieniu owego szlaku. Z północnej bramy Milicza (zwanej Bramą Gnieźnieńską) wychodziła odnoga tego szlaku biegnąca przez pobliską wieś Stawiec, potem zaś przez Rawicz, Poznań, Gniezno, aż do Gdańska. Z kolei ze wschodniej barymy Milicza wychodziła odmienna gałąź owego Bursztynowego Szlaku. Biegła ona do mostu na Baryczy jaki istniał przy prastarym milickiem młynie wodnym, potem zaś przez wieś Wszewilki, Pomorsko, do Cieszkowa, Zdun i dalej do Gniezna i Gdańska. Z drugiej strony Milicza ów szlak też się rozgałęział. Rozgałęzienie to umiejscowione było koło kościóła Św. Anny w Karłowie. (W dawnych czasach na każdym rozgałęzieniu ważnych szlaków stawiano kościółki i kapliczki. Wypełniały one bowiem wiele funkcji. Przykładowo służyły jako swoiste "znaki drogowe", przyciągały miejscowych - tak że podróżujący mieli kogo spytać się o dalszą drogę, dostarczały schronienia w razie niepogody, koiły podróżnych duchowo, itp.) Jedna gałąź Bursztynowego Szlaku wiodła spod kościółka Św. Anny na południe przez Oleśnicę. Druga zaś na południe przez Trzebnicę i Wrocław. Z uwagi na owe rozgałęzienia Bursztynowego Szlaku umiejscowione właśnie w Miliczu, Milicz stał się ważnym punktem dla podróżujących. Wielu z nich zatrzymywało się w Miliczu na jakiś czas. "Usługi duchowe" były więc w nim wysoce poszukiwane.


Część C: Dzieje pięciu kościołów Milicza:

       W latach od 1290 do 1358 właścicielem grodu i kasztelanii milickiej był biskup wrocławski. Nie powinno więc dziwić, że posiadając taką religijną tradycję, a także będąc "miastem usług hotelowych" dla podróżnych z bursztynowego szlaku, przez większość swego istnienia niewielki Milicz posiadał aż dwa kościoły. Tylko na początku swego istnienia posiadał on jeden kościół, zaś w latach od 1714 do 1945 w samym Miliczu działały aż trzy kościoły. Niezależnie od tych, w dwóch wsiach najbliższych Miliczowi, mianowicie w Karłowie i Wszewilkach, istniały dwa dalsze kościoły. W sumie więc Milicz i okolice posiadały aż pięć odmiennych kościołów. Pierwszy kościół milicki zbudowany został jeszcze w czasach kiedy Milicz przyjmował kształt miasta i budował sobie mury obronne. Był on zbudowany z tzw. "rudy darniowej". Natomiast drugi kościół milicki zbudowany został już z cegły prawdopodobnie około połowy 14 wieku. Każdy z obu tych kościołów milickich w toku dziejów raz zmienił swoją lokację. Przeglądnijmy teraz krótko ich dzieje. Uwaga. W punkcie #8.4 odrębnej strony internetowej "Wszewilki-Milicz" opisany jest dokładnie okrężny szlak wędrowny po historycznie interesujących miejscach miasta Milicza i pobliskiej wsi Wszewilki. Podążanie owym szlakiem pozwala na zwiedzanie dzisiejszych pozostałości po kościołach Milicza. Jeśli więc ktoś planuje przejazd przez Milicz, wówczas być może warto aby zabrał ze sobą w podróż fragment wydruku z owej strony "Wszewilki-Milicz".


#C1. Pierwszy milicki kościół pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła:

       Najwcześniejsze wzmianki o pierwszym katolickim kościele Milicza pochodzą z 12 wieku. Już w owych czasach Milicz posiadał nie tylko własny kosciół, ale i własnego księdza. W dokumentach pisanych zachowało się nawet jego imię. Ten pierszy kościół Milicza zlokalizowany był w obrębie milickich murów obronnych, w pobliżu wschodniej bramy do miasta, na niewielkim placyku pełniącym funkcję cmentarza. Placyk ten przylegał bezpośrednio do rynku Milicza w jego północno-wschodnim narożniku. Zlokalizowanie i wygląd tego placyku-cmentarza i pierwszego milickiego kościoła faktycznie imitowały więc układ rynku we Wrocławiu, a także rynku w Paczkowie. Wszakże we Wrocławiu w północno-zachodnim narożniku jego rynku znajduje się kościół Świętej Elżbiety Węgierskiej, zaś w północno-wschodnim narożniku podobnie stary kościół. Oba te wrocławskie kościoły też położone są na podobnym małym placyku, które oryginalnie też były przykościelnym cmentarzem. Wszystko też wskazuje na to, że w owych czasach wszystkie miasta Dolnego Śląska budowane były dokładnie według jednego (takiego właśnie) planu, z kościołem i cmentarzem na północno-wschodnim narożniku ich rynku. Miniaturowy cmentarzyk który otaczał pierwszy kościół milicki bardzo szybko się zapełnił. Wszakże w owych czasach wielu ludzi umierało w podróży, bądź to na wskutek ran odniesionych w starciach z bandytami, bądź też z powodu trudów poróży i braku higieny. (Osobiście wierzę, że w owych czasach na milickich cmentarzach chowane było więcej podróżnych niż rodzimych mieszkańców Milicza.) Wkrótce więc ten mały cmentarzyk musiał zostać przeniesiony poza obręb murów obronnych miasta. Jego nowe zlokalizowanie nastąpiło niedaleko od owego kościółka, jednak już poza wschodnią bramą miasta, czyli w miejscu w którym obecnie znajduje się "mały" kościółek milicki pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła. W swojej nowej lokalizacji ów cmentarz również nie był używany zbyt długo, bowiem szybko się zapełnił. Przebiegająca za nim rzeka uniemożliwiała zaś jego powiększanie. Niedługo potem ten wschodni cmentarz milicki musiał więc zostać ponownie przeniesiony w trzecią z kolei jego lokację, tym razem umiejscowioną na zachodnie pobocze wylotowej drogi z Milicza do Wrocławia, czyli w miejsce gdzie obecnie znajduje się kościół Świętego Andrzeja Boboli z "Fot. #2 (29)". Z czasem poszerzono go również i na wschodnie pobocze tej samej drogi wylotowej z Milicza, w obszar gdzie przez długi czas po wojnie znajdował się budynek milickiej poczty. W rezultacie owego poszerzenia, w XVII wieku droga wylotowa z Milicza do Wrocławia wyglądała podobnie jak słynna "Via Apia" pod Rzymem - znaczy po obu jej stronach znajdowały się ówczesne milickie cmentarze. (Obecnie w miejscach owych cmentarzy znajdują się budynki mieszkalne - nic dziwnego że w czasach mojej młodości mieszkający niektórych z owych budynków opowiadali że w nich nocami "straszy".)
       Ten pierwszy kościół milicki, podobnie jak pozostałość oryginalnej zabudowy Milicza, wymurowany był z brył rudy darniowej. Ponadto był on zbudowany na kształt semi-obronnej warowni romańskiej, z niskim sufitem, grubymi murami i z maleńkimi okienkami strzelniczymi. Kiedy więc Milicz dorobił się własnej cegielni, kościół ten przestał się podobać mieszkańcom miasta. Postanowili więc go przenieść w nowe miejsce i zlokalizować w nowej, upiększonej budowli. W 15 wieku Miliczanie wybudowali więc sobie bardziej "nowoczesny" kościół gotycki. Po zbudowaniu przenieśli też do niego swój pierwszy kościółek, zaś puste już mury starego kościoła wkrótce potem rozebrali. Miejsce jakie on zajmował udostępniono później pod budowę kamieniczek. Obecnie więc ani ów pierwszy kościółek Milicza, ani też jego miniaturowy cmentarzyk, już nie istnieją w ich oryginalnej lokacji. Obecnie na ich miejscu stoją kamieniczki mieszkalne. Jedyna widoczna do dzisiaj po nich pozostałość, to owo jakby nielogiczne poszerzenie ulicy wylotowej przy północno-wschodnim kącie milickiego rynku.
       W swojej nowej, drugiej już lokacji i wersji architektonicznej, ten pierwszy kościół Milicza wybudowany był z cegły w stylu gotyckim. Wzniesiono go w 15 wieku na obszarze owego drugiego cmentarza Milicza. W czasie budowy tego kościoła cmentarz ten nie był już używany. Oczywiście, po przeniesieniu na nową lokację, ów pierwszy kościół Milicki pozostawał świątynią Rzymsko-Katolicką. Z czasem jednak również i on stał się przestarzały i nie sprawiał dobrego wrażenia na przejezdnych. Dlatego na jego miejscu w 1821 roku zbudowano nowy neorenesansowy kościółek pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła. Podczas budowy tego nowego kościoła, starego całkowicie nie zburzono. Do dzisiaj zachowało się z niego prezbiterium, podziemna krypta, oraz chrzcielnica z 1561 roku. Owa kolejna, historycznie trzecia już wersja architektoniczna oryginalnego kościoła Milicza, zbudowana w 1821 roku, do dzisiaj służy wiernym stojąc nieopodal rynku przy wschodnim obrzeżu miasta, niedaleko od byłej wschodniej bramy do miasta (obecnie już nieistniejącej).


#C2. Drugi milicki kościół pod wezwaniem Świętego Jerzego:

       Około XIV wieku, biskup wrocławski wybudował drugi kościół Milicza. Przy jego budowie uwzględniono potrzeby duchowe licznych podróżnych przejeżdżających przez Milicz, a także fakt że oryginalny kościół był wówczas już dosyć stary. Ten drugi kościół Milicza zbudowany był już z cegły. Zlokalizowany on został w południowo-wschodniej części starego miasta, w miejscu jakie obecnie zajmowane jest przez uliczkę biegnącą ku dawnym łazienkom (czyli na wprost późniejszej siedziby milickiej straży pożarnej). Na przełomie XIX i XX wieku kościół ten stał się już tak przestażały, że uznano go za nie nadający się do dalszego użycia. Można się więc domyślić, że około lat 1930-tych zapewne przeniesiono go do nowej lokacji oraz do nowego budynku. Jego zaś stare, puste już mury z dawnej lokacji zostały rozebrane na długo przed drugą wojną światową. W miejscu uwolnionym po rozebraniu tego drugiego kościoła Milicza nie wybudowano już jednak kamieniczek (tak jak uczyniono to po rozebraniu pierwszego kościoła), a owo wolne miejsce przeznaczono na stworzenie jeszcze jednej ulicy wylotowej z miasta, która wiodła do coraz popularniejszych wówczas łazienek. Czy nowa lokacja tego drugiego kościoła znajdowała się w Miliczu, czy też gdzieś poza Miliczem, tego narazie nie zdołałem ustalić, chociaż pracuję nad znalezieniem odpowiednich informacji. Wiem jedynie, że mniej więcej w czasach kiedy go rozebrano, czyli około lat 1930-tych, w Miliczu pojawiła się jeszcze jedna mała świątynia, zlokalizowana naprzeciwko głównego wejścia do ówczesnych (przedwojennych) koszar wojskowych w Miliczu. Czy była ona jednak owym przeniesionym drugim kościołem Milicza, czy też zupełnie inną świątynią, tego narazie mi też nie wiadomo. Owa mała świątynia z lat 1930-tych, przestała być używana zaraz po drugiej wojnie światowej. W latach tuż po wyzwoleniu służyła ona jako magazyn wojskowy. Potem w latach 1960-tych została przebudowana na dom towarowy (nazywany wówczas "WDT" czyli "Wiejski Dom Towarowy"). Jak widać, o historycznie drugim kościele Milicza obecnie niewiele jest nam wiadomo. Wszakze jego mury zostały rozebrane jeszcze gdzieś w latach 1930-tych. Z kolei jego zawartość i rejestry pisane zostały gdzieś przeniesione i z czasem zapewne zaginęły.


#C3. Trzeci milicki kościół pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli:

       Niezależnie od powyższych dwóch oryginalnych kościołów katolickich Milicza, w 1714 miasto to zbudowało sobie jeszcze jeden kościół. Był nim właśnie ów kościół ewangelicki, w 1945 roku przemianowany na kościół rzymsko-katolicki i używany pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli (czyli ten, któremu poświęcona jest cała niniejsza strona). Warto przy tym wspomnieć tutaj, że początkowych latach 20 wieku, Milicz zamieszkiwany był przez zdecydowaną większość ewangelików. Omawiany tu kościół ewangelicki był więc wówczas ogromnie popularny, zaś oba kościoły katolickie niemal puste. Katolików pozostało wtedy w Miliczu już tak mało, że wszyscy z nich znali się nawzajem po imieniu, zaś w niedziele po mszach świętych spotykali się przy kawie i ciastkach w jednym ze swoich domów. Faktycznie to katolikami pozostali wówczas niemal wyłącznie ludzie polskiego pochodzenia ciągle zamieszkujący okolice Milicza - najwięcej z nich na Wszewilkach (chociaż w owych czasach na codzień ludzie ci używali już tylko języka niemieckiego).
       Interesujące pytanie jakie zawsze sobie zadaję w sprawie opisywanego tutaj kościoła Św. Andrzeja Boboli, to czy jego historycznie niezwykle korzystny los, nie wynika czasem z dobrego "Feng Schui" miejsca w jakim został on zbudowany. Wygląda bowiem na to, że odwrotnie niż warowny zamek milicki - który zbudowany został w miejscu o "złym Feng Schui" i stąd zawsze gnębiły go najróżniejsze kłopoty, kościół Świętego Andrzeja Boboli zbudowany został w miejscu o ogromnie "dobrym Feng Schui", a stąd w toku dziejów zawsze zdaje się go spotykać szczęśliwy dla niego przebieg wydarzeń. Inne pytanie jakie również się wiąże z tym kościołem, to czy wzmiankowana w punkcie #E2 poniżej naturalna zdolność jego podziemi do powodowania samoczynnej mumifikacji, tj. do działania jak wnętrze piramid egipskich, również przypadkiem nie wynika z owego jego położenia w miejscu o "dobrym Feng Schui".


#C4. Podmilicki kościół w Karłowie pod wezwaniem Świętej Anny:

       Niektórzy ludzie włączają do listy kościołów milickich także kościółek Świętej Anny w Karłowie pod Miliczem. Kościółek ten postawiony został w latach 1807-1808 w pobliżu rozwidlenia dwóch prastarych dróg głównych na południe, z których jedna wiodła do Wrocławia, zaś druga do Oleśnicy. Miejsce w jakim go postawiono słynne kiedyś było z wielu "cudów" i objawień. (W obecnych czasach tłumaczone one byłyby jako częste obserwacje wehikułów UFO i UFOnautów.) Dla upamiętnienia owych objawień, w ostatnią niedzielę lipca od niepamiętnych czasów odbywały się przy tym kościółku doroczne odpusty. Więcej danych na temat kościółka Świętej Anny w Karłowie zaprezentowanych jest na stronie o Miliczu.

Fot. #1 (20).

Fot. #1 (20): Kościółek Świętej Anny w Karłowie pod Miliczem. Fotografia z lipca 2004 roku. To tutaj w przeszłości miały miejsce liczne cuda, cudowne uzdrowienia, oraz przywrócenia płodności. Pokazane są drzwi wejściowe do kościółka, fotografowane w kierunku od północy ku południu. Za owym kościółkiem rósł kiedyś bardzo stary dąb, na którego konarach zaobserwowane były trzy niezwykłe istoty (dziś byśmy je wzięli za trzech UFOnautów). Dąb ten był później źródłem wielu cudownych uzdrowień. Na prawo od tego kościółka znajdował się kiedyś "anielski kamień" z dziwnymi wytopieniami jakby technologicznego pochodzenia. On również z czasam stał się obiektem kultu. Twierdzono o nim kiedyś, że też jest źródłem uzdrowień, oraz że przywraca płodność. Niestety, pomiędzy 1981 a 2004 rokiem, kamień ten tajemniczo zniknął ze swego poprzedniego miejsca. Być może, że to ten sam kamień, który obecnie zakopany jest pod krzyżem widocznym po lewej stronie powyższego zdjęcia, oraz pokazanym w powiększeniu na fotografii 21 ze strony o mieście Miliczu. (Jednak ja osobiście nie byłem w stanie ani go rozpoznać po wyglądzie zewnętrznym, ani też wykopać z ziemi i sprawdzić czy posiada on znane mi technologiczne wytopienia. Nie odnotowałem też w jego pobliżu żadnych lądowisk UFO jakie potwierdzałyby że UFOnauci nadal się nim interesują.)
* * *
       Zauważ że można zobaczyć powiększenie każdej fotografii z niniejszej strony internetowej, poprzez zwykłe kliknięcie na tą fotografię. Ponadto większość wyszukiwarek jakie obecnie są w użyciu, włączając w to także popularny "Internet Explorer", pozwala również na załadowanie każdej ilustracji do swojego własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją redukować lub powiększać, a także drukować, za pomocą posiadanego przez siebie software graficznego.


#C5. Podmilicki kościółek we Wszewilkach:

       Jeśli do listy kościołów milickich włączyć także mały kościółek Świętej Anny w Karłowie pod Miliczem, wówczas na tej samej zasadzie włączyć też trzeba prastary kościółek katolicki we Wszewilkach. Kościółek z Wszewilek oryginalnie stał w pobliżu krzyżowania się dwóch głównych dróg przez Wszewilki, mianowicie starej drogi wiodącej z Milicza do Sulmierzyc, oraz starej drogi wiodącej z Pomorska do młyna wodnego na Baryczy i dalej przez most istniejący kiedyś koło owego młyna aż do Milicza. Początkowo był on otoczony maleńkim cmentarzem, który jednak szybko się zapełnił. Kiedy zaś cemtarz ten przestał być używany z powodu owego zapełnienia, popadł on w ruinę i stopniowo zaniknął. Kościółek we Wszewilkach został rozebrany podczas budowy linii kolejowej przez Wszewilki, co nastąpiło na krótko przed 1875 rokiem. Gruzy owego kościoła i jego głębokich piwnic, jak również cały materiał z otaczającego ten kościółek maleńkiego cmentarza, zużyto wówczas na budowę nasypu kolejowego biegnącego pomiędzy Wszewilkami i stacją w Miliczu. Kiedyś starzy ludzie twierdzili, że nietypowo duża liczba śmiertelnych wypadków na owym krótkim odcinku kolei wynika właśnie z faktu, że grzebie on w sobie resztki doczesne wielu byłych mieszkańców Wszewilek którym zakłócono ich wieczny spoczynek. Obecnie w miejscu gdzie kiedyś stał ten kościół widnieje jedynie ogromny dół wyrobiskowy. W chwili gdy kościół ten rozbierano nie był on już używany od około 100 lat. Prawdopodobnie był on wówczas najstarszym ciągle stojącym budynkiem okolic Milicza.
       Dokładne miejsce w którym znajdował się prastary kościółek we Wszewilkach jest do dzisiaj dobrze widoczne. Powodem są jego kilku-kondygnacyjne piwnice. Aby podczas jego usuwania usunąć również i pozostałości owych piwnic i fundamentów, w miejscu w którym on kiedyś stał wykopać musiano ogromną dziurę. Dziura ta istnieje tam do dzisiaj. Położenie więc owego kościółka daje się rozpoznać po sprawdzeniu gdzie tamta dziura jest najgłębsza. Jego dokładna lokacja wkazana jest w punkcie #8.2 strony internetowej o zwiedzaniu Wszewilek i Milicza, a także w punkcie #5 strony internetowej o wsi Wszewilki.
       Dokładna data zbudowania kościółka we Wszewilkach nie jest mi znana. Jednak z opisów jego wyglądu jakie kiedyś słyszałem wnoszę że był on bardzo stary - być może nawet tak stary jak oryginalny kościół pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła w Miliczu. Definitywnie był on zbudowany na sporo przed XIV wiekiem, bowim materiałem użytym do jego budowy była "ruda darniowa". Z kolei użycie rudy darniowej do budowy kościoła oznacza, że budowany on był jeszcze przed 14 wiekiem, czyli przed czasem kiedy w okolicach Milicza zaczęła działać pierwsza cegielnia w dzisiejszym Stawcu. Kiedyś opowiadano, że kościółek we Wszewilkach był niską budowlą wymurowaną z rudy darniowej. Wyglądał on niemal jak twierdza z maleńkimi okienkami jak strzelnice. Jego główna oś zorientowana była ze wschodu na zachód, z ołtarzem po stronie wschodniej zaś wieżą od zachodniego końca. Miał on nieco odstającą z głównego budynku wieżę z dzwonem. Wieża ta była dość interesująca, bowiem w dolnej swej części rozszerzała się liniowo, tak jak czynią to niektóre stare kominy. U góry miała rodzaj jakby kozła z belek, na którym powieszony był dzwon (dzwon ten nie był okryty dachem). Niektóre inne informacje na temat owego kościółka z Wszewilek zawarte są również w punktach #1, #2, oraz w podpisie pod zdjęciem "Fot. #5", ze strony internetowej o wsi Wszewilki.
       Jedna ciekawostka z ludowych opowiadań na temat prastarego kościółka romańskiego z Wszewilek może być sprawdzalna. Mianowicie twierdziła ona, że w początkowym stadium swego istnienia kościółek ten miał być również używany w celach obronnych. Kiedy bowiem zbliżało się niebezpieczeństwo okoliczni mieszkańcy barykadowali się właśnie w tym kościółku. Aby zaś umożliwić ewentualną ucieczkę w przypadku ataku lub oblężenia, z piwnic owego kościółka miał wychodzić niewielki tunel. Tunel ten miał prowadzić aż do jednego z grobowców na wszewilkowskim cmentarzu. W grobowcu owym miało się znajdować sekretne wyjście z tego tunelu. Tunel ten podobno miał przebiegać tylko kilka metrów na wschód od starej drogi, która kiedyś prowadziła od drzwi wejściowych wszewilkowskiego kościółka, do centrum wszewilkowskiego cmentarza. (Ta stara droga opisana jest w punkcie #8.2 strony o zwiedzaniu Wszewilek i Milicza, oraz w punkcie #3 strony internetowej o wsi Wszewilki.) Tunel ten miał się znajdować tylko jakieś 2 metry pod powierzchnią ziemi. Podobno miał on być na tyle niski, że aby nim uciekać trzeba było się poruszać na czworakach. Warto tu dodać, że niniejsza folklorystyczna informacja powinna być naukowo sprawdzalna. Jeśli bowiem tunel taki faktycznie tam istniał, wówczas obecnie ciągle powinno dać się wykryć jego pozostałości (np. za pomocą tzw. "ground penetrating radar").
       W związku z tamtym rozebraniem kościółka we Wszewilkach w ramach budowy linii kolejowej przez Wszewilki, warto zadać sobie pytanie: gdzie podziały się jego księgi oraz niektóre wyposażenie, np. dzwon. Wiadomo, że w owych czasach miano zwyczaj przenoszenia takich cenności ze starego kościoła do jakiegoś właśnie nowo-budowanego. Ponieważ na krótko przed rozebraniem kościółka we Wszewilkach właśnie został zbudowany kościół Św. Anny w Karłowie, posądzam, że owe cenności z Wszewilek wylądowały wówczas albo w tym kościele Św. Anny z Karłowa, albo też w już wtedy ustabilizowanym "małym" kościółku katolickim Milicza (pod wezwaniem Świętego Jerzego). Być może warto byłoby sprawdzić rok odlania dzwonu kościoła Św. Anny (w dawnych czasach istniała bowiem tradycja trwałego wypisywania tego roku na modelu odlewanego dzwonu). Jeśli bowiem rok ów jest znacznie wcześniejszy niż lata 1807 do 1808 - kiedy to budowano kościół Św. Anny, wówczas najprawdopodobniej dzwon ten faktycznie jest dawnym dzwonem kościółka katolickiego we Wszewilkach.


Część D: Fakty historyczne na temat kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:

      


#D1. Historia kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:

       Kiedy na mocy układu altransztadzkiego z cesarzem Austrii z 1707 roku, postanowiono wybudować 6 kościołów "Łaski" dla śląskich ewangelików, wybór dla umiejscowienia jednego z nich padł właśnie na Milicz. W owym czasie Milicz ciągle stanowił bowiem ważne centrum usług hotelowych dla ludzi podróżujących pomiędzy południem i północą Europy. Pieniądze na budowę tego kościoła ufundował margrabia Henryk Maltzan, ówczesny właściciel pałacu w Miliczu i okolicznych dóbr. Na zlokalizowanie kościoła wybrano miejsce w którym kiedyś stała prastara drewniana kaplica cmentarna, jaka jednak przestała już istnieć długo przed podjęciem budowy tego kościoła. Wokół owej kaplicy rozciągały się niezabudowane tereny średniowiecznego cmentarza milickiego, w owym czasie również już nie używanego. (Cmentarz jaki w czasach budowy tego kościoła był używany, mieścił się po przeciwnej stronie drogi do Wrocławia, w obszarze który po drugiej wojnie światowej zajmowany był przez budynek poczty, posterunek milicji, szkołę podstawową nr 1, oraz dawny szpital miejski.) Na rozlokowanie nowobudowanego kościoła, plebanii, budynków pomocniczych, oraz przykościelnego terenu przydzielono więc cały obszar owego byłego średniowiecznego cmentarza. Margrabia Henryk Maltzan, który ufundował ów kościół, nakazał także zbudować tajny tunel podziemny wiodący z jego pałacu do piwnic tego kościoła. Tunel ten był ciągle przechodni w czasach zaraz po drugiej wojnie światowej. Jednak potem został zamurowany. Miał on połączenie z całą siecią średniowiecznych lochów i tuneli podmilickich.


#D2. Budowa kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:

       Budowę kościoła ewangelickiego w Miliczu rozpoczęto w 1709 roku. Projekt wykonał G. Hoffmann z Oleśnicy. Kościół zorientowano na linii wschód-zachód, z ołtarzem zwróconym na wschód, zaś kwadratową wieżą o wyskości 49 metrów postawioną po stronie zachodniej. Kościół otrzymał wystrój barokowy o konstrukcji ryglowej założonej na planie krzyża greckiego. Jest jednonawowy, z wielobocznym prezbiterium, oraz całym szeregiem późniejszych przybudówek na parterze. W środku posiada trzy kondygnacje drewnianych ampor. Większość jego dachów jest dwuspadowa, jednak w kilku miejscach posiada on dachy trójspadowe. Jego kwadratowa wieża zakończona jest trójkondygnacyjnym hełmem, jaki swoim wyglądem wiernie imituje konfigurację niezespoloną sprzężoną z całego szeregu wehikułów UFO drugiej generacji - po szczegóły patrz podrozdział F3.1.3 z monografii [1/4]. (UFO drugiej generacji wyróżniają się ośmiobocznymi komorami oscylacyjnymi użytymi do ich napędu.) Budowę tego kościoła ukończono do 1714 roku. W 1718 roku wyposażony on został w 33-głosowe organy o bardzo pięknym brzmieniu, wybudowane przez W. Sauera. Organy te ufundował baron Salish. Kościół posiadał też własną plebanię i budynki pomocnicze. Jako kościół ewangelicki służył on aż do zakończenia drugiej wojny światowej. Zaraz po drugiej wojnie światowej w 1945 roku przemianowano go na świątynię Rzymsko-Katolicką pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli i oddano w gestię biskupa wrocławskiego.

Fot. #2 (29).

Fot. #2 (29): Obecny kościół Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu - a były kosciół ewangelicki z Milicza. Został on zbudowany w stylu architektonicznym jaki po angielsku nazywa się stylem "tudor". (Polacy ów styl architektoniczny zwykle nazywają "Mur Pruski".) Ciekawostką tego stylu jest, że najprawdopodobniej oryginalnie wywodzi się on z chałupniczej zabudowy pobliskiej wsi Wszewilki, a dopiero potem został podpatrzony i skopiowany przez akademicko edukowanych architektów - co wyjaśniłem dokładniej w punkcie #8 strony internetowej o wsi Wszewilki. (Odnotuj, że w Menu wskazana jest odrębna strona internetowa o nazwie Wszewilki-Milicz która stara się informować jak zwiedzać miasto Milicz i pobliską wieś Wszewilki. Strona owa wskazuje nieoficjalne szlaki wędrowne wzdłuż których można zwiedzać co ciekawsze obiekty historyczne obu tych miejscowości, włączając w to kościoły Milicza opisane na niniejszej stronie internetowej. Podaje dane kontaktowe do tamtejszych miejsc noclegowych. Ponadto wyjaśnia także, że najbardziej korzystny miesiąc dla zwiedzania tych miejscowości to lipiec. W lipcu kwitnie tam bowiem zatrzęsienie lip napełniając powietrze oceanem podniecających zapachów życia i miłości. Warto więc zaglądnąć do owej strony jeśli kogoś zainteresuje historia opisywanych tutaj miejsc i obiektów.) Obecnie kościół z powyższej fotografii jest świątynią Rzymsko-Katolicką pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli (dawniej Świętego Krzyża). Powyższa fotografia pochodzi z 2003 roku. Wykonana została przy obiektywie aparatu skierowanym ze wschodu na zachód. Na pierwszym planie pokazuje więc wschodnią ścianę prezbiterium kościoła, za którą znajduje się jego ozdobnie rzeźbiony, starodawny ołtarz. Niniejsza odrębna strona internetowa o nazwie Św. Andrzej Bobola stara się opisać pełną historię tego kościoła. Podczas pobytu w Miliczu kościół ten warto dokładnie sobie pooglądać i obfotografować. Wszakże w świetle opisanych w punkcie #5 tej strony internetowej przypadków celowego choć sekretnego niszczenia wszelkich obiektów utrwalających sobą historię Wszewilek, należy się liczyć że już wkrótce kościół ten nagle tajemniczo zniknie z powierzchni ziemi pod jakąś zręczną wymówką.
       Lokalizacja tego kościoła pokrywa się z miejscem gdzie przed nim stała stara kaplica cmentarna, natomiast w czasach poprzedzających założenie w owym miejscu milickiego cmentarza - stała jeszcze starsza "kaplica drogowskazowa" wyznaczająca miejsce gdzie od drogi do Trzebnicy oddzielała się droga do Sułowa i do Żmigrodu.


#D3. Słynna późno-barokowa ambona i chrzcielnica z kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:

       Z czasem omawiany kościół zasłynął z bardzo pięknej późno-barokowej ambony oraz chrzcielnicy z 1720 roku. Jednak po drugiej wojnie światowej, w 1955 roku, owa ambona i chrzcielnica przeniesione zostały do katedry poznańskiej, gdzie znajdują się do dzisiaj. Moim osobistym zdaniem, owe przeniesienie okazało się raczej korzystne dla Milicza, bowiem w Poznaniu obiekty te może podziwiać znacznie więcej zwiedzających i turystów niż w Miliczu. W ten sposób owe obiekty rozsławiają Milicz dosłownie na cały świat. Wielu oglądających te obiekty w Poznaniu dowiaduje się właśnie od nich o istnieniu miasta zwanego Miliczem. Także niemal wszystkie zagraniczne przewodniki zawierają już informację że obiekty te oryginalnie wywodzą się z Milicza. W dzisiejszych czasach promocja i reklama są kluczem do sukcesu. W Poznaniu zaś owe obiekty doskonale promują i reklamują miasto Milicz. Dlatego moim zdaniem, przez tak długo jak Poznań będzie przyznawał kredyt Miliczowi za powołanie do życia tak pięknych obiektów, obiekty te powinny pozostawać w Poznaniu zaś Milicz ciągle może być dumny z ich powodu.


#D4. Słynny ołtarz kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:

       Kościół ten z upływem czasu wyposażony też został w ołtarz drewniany niezwykle kunsztownej roboty i zapierającego dech piękna. Ołtarz ten ostał się w kościele po wojnie w stanie nieuszkodzonym. Stąd powojenni wierni Milicza mieli okazję jego podziwiania podczas każdej mszy świętej. Z tego co o nim pamiętam, ołtarz ten ogromnie wiernie imitował wygląd boczny głównej komory oscylacyjnej UFO średniego typu, jaki obserwowany jest przez ludzi uprowadzanych do UFO. W centrum posiadał więc on pojemnik imitujący samą ową komorę oscylacyjną. Pojemnik ten otoczony był urządzeniami sterującymi i lampkami kontrolnymi. Przebiegały przy nim kolumny imitujące słupy pola magnetycznego i telekinetycznego wytwarzanego przez każdy pędnik UFO. Posiadał też fragmenty czasz z osłony pędnika UFO jakie jarzyły się złotymi iskrami indukowanymi przez pole magnetyczne generowane w tym pędniku. W sumie, wygląd tego oryginalnego i ogromnie pięknego ołtarza kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu, bardzo wiernie ilustrował to, co dzisiejsi ludzie uprowadzani do UFO raportują jako obserwacje pędnika głównego tych pozaziemskich wehikułów.
       Ołtarz ten nie był zresztą wyjątkiem w imitowaniu wnętrza i wyposażenia UFO. Jak to bowiem wyjaśnione zostało w punkcie #16 odrębnej strony internetowej o mieście Wrocławiu, a także w punktach #17, #18 i #19 odrębnej strony o mieście Miliczu, praktycznie każdy dawny kościół chrześcijański na Ziemi wiernie imitował sobą to co ludzie uprowadzani do UFO odnotowali we wnętrzach wehikułów tych sekretnych okupantów Ziemi.


Motto tej strony:
Aby zobaczyć przyszłość koniecznym jest uważne przyglądnięcie się przeszłości.


Część E: Ciekawostki i folklor na temat kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:

      


#E1. Pozostałości średniowiecznego cmentarzyska wokół kościoła Świętego Andrzeja Boboli:

       Fakt że na obszarze otaczającym obecny kościół Świętego Andrzeja Boboli faktycznie istniał kiedyś średniowieczny cmentarz, potwierdzany jest przypadkowym odkryciem z około 1955 roku roku. Podczas robót ziemnych z okazji przeprowadzania jakiejś instalacji, odkopano wówczas dwa średniowieczne groby komorowe z pełną zawartością. Groby te miały kształt jakby niewielkich wydłużonych piwniczek o sklepieńku i ściankach bocznych w kształcie łuku romańskiego. Jako materiał na ich budowę użyta była miejscowa "ruda darniowa". To zaś oznaczało, że pochodziły one jeszcze z okresu poprzedzającego wybudowanie pierwszej cegielni milickiej, czyli z okresu przed 14 wiekiem. Ponadto ich kształt oraz uformowanie były zupełnie nietypowe dla Polski. Osobiście nie jest mi wiadomo aby przed 14 wiekiem budowane były w Polsce tego typu grobowce komorowe. Jedyne miejsce gdzie widziałem dokładnie takie same grobowce był północny Cypr. To zaś zapewne oznacza, że w omawianych tu grobowcach pochowani byli jacyś kupcy lub podróżni przybyli do Milicza gdzieś z obszaru Morza Śródziemnego, którym albo się zmarło w drodze, albo też którzy zostali śmiertelnie poranieni przez jakichś milickich bandytów.
* * *
       Pechowo dla naszej znajomości historii Milicza, odkrycie tych starych grobów komorowych nastąpiło w czasach, kiedy takie znaleziska traktowane były z lekceważeniem i nikt nie zapraszał archeologów dla ich przebadania. Po odkryciu więc że stoją one na drodze właśnie układanej instalacji, zostały one po prostu rozłupane, zaś ich gruzy usunięte. Co zaś z nich ostało się zniszczeniu zostało to potem ponownie przysypane ziemią. Ich rozłupanie umożliwiło jednak oglądnięcie zawartości przez postronnych ciekawskich (takich jak ja). O ile dobrze pamiętam, owe stare groby zlokalizowane były mniej więcej w obszarze, jaki na zdjęciu "Fot. #2 (29)" powyżej zajmowany jest obecnie przez ów niewielki trawnik widoczny przy prawym marginesie tego zdjęcia.


#E2. Rzekomy "skarb" z kuli nad kościołem Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:

       W czasach zaraz po drugiej wojnie światowej wśród mieszkańców Milicza krążyły opowieści o rzekomym "skarbie" który jakoby miał się znajdować w dużej mosiężnej kuli która umieszczona jest na samym szczycie wieży kościoła Świętego Andrzeja Boboli (kula ta służy za podstawę szczytowego krzyża). Ktoś gdzieś miał jakoby wyczytać czy usłyszeć, że podczas oryginalnej budowy owego kościoła, do kuli owej włożono "akt fundacyjny" wraz z pełnym kompletem ówczesnych złotych i srebrnych monet i medali. (Szacując po ilości srebrnych i złotych monet i medali jakie istniały w obiegu w latach 1709 do 1714, "skarb" ów zawierałby zapewne kilka kilo owych wartościowych kruszców.) W owym czasie Milicz był mieściną, gdzie niemal wszyscy znali wszystkich. Co więc zaprzątnęło umysł jednej osoby, już wkrótce było na ustach wszystkich pozostałych ludzi. Przy okazji więc remontu dachu na wieży tego kościoła, odbywającego się około 1957 roku, zdjęto ową kulę i zbadano jej zawartość. Z tego co słyszałem, podobno okazało się wówczas, że były w niej zawarte jedynie stare gazety. Żadnych złotych ani srebrnych monet ani medali w niej nie znaleziono. Interesujące więc, czy ów "skarb" został już wcześniej znaleziony przez kogoś innego, czy też faktycznie dla zmylenia ewentualnych poszukiwaczy, publicznie pisano że znajduje się on w owej kuli, podczas gdy faktycznie ukryty on został w innym bardziej sekretnym miejscu tego kościoła.
* * *
       Tak nawiasem mówiąc, to owe kule lub dyski jakie zawieszane są ponad dachem niemal każdego kościoła, faktycznie wywodzą się z dawnych obserwacji UFO. (W dawnych czasach UFO i UFOnautów uważano za istoty nadprzyrodzone - co wyjaśniam dokładniej na stronie internetowej UFOnauci, a także w podrozdziale V9.1 monografii [1/4] zawierającym formalny dowód naukowy, że "religijne diabły to dzisiejsi UFOnauci".) Mianowicie, kule te lub dyski imitują kuliste lub dyskoidalne wehikuły UFO małego typu, jakie zaobserwowano kiedyś że zawisały one ponad pędnikami główymi cygara złożonego z wielu wehikułów UFO dużego typu, a imitowanego przez całą wieżę danego kościoła. To właśnie z tego powodu, wierzchołki wież kościelnych (a także świątyń muzułmańskich) zawsze upodabniane są do wyglądu tzw. "konfiguracji niezespolonych" lub "konfiguracji semizespolonych" sprzęganych z wielu UFO a opisywanych w podrozdziałach F3.1.3 i F3.1.2 monografii [1/4] udostępnianej nieodpłanie za pośrednictwem tej strony internetowej. Najbardziej wierna imitacja wehikułów UFO przez owe zakończenia wież kościelnych istnieje we wrocławskiej katedrze pokazanej na zdjęciu 1 ze strony internetowej Wrocław. Owe dyski na wierzchołkach obu wież katedry wrocławskiej imitują sobą bowiem nie tylko wygląd zewnętrzny błyszczących dyskoidalnych UFO drugiej generacji, ale również wygląd czarnych ośmiobocznych komór oscylacyjnych widocznych w centrum pędników głównych tych UFO.


Część F: Podziemia kościoła Świętego Andrzeja Boboli:

      


#F1. Podziemne miasto pod Miliczem i jego połączenie z kościołem Świętego Andrzeja Boboli:

Motto: "Pod Miliczem ukrywa się drugie podziemne miasto."

       Gdyby w niewielkim Miliczu ziemia nagle stała się przeźroczysta, wówczas jego zaskoczeni mieszkańcy nagle ujrzeliby że pod fundamentami ich miasta ukrywa się faktycznie jeszcze jedno miasto. Jest nim labirynt podziemnych tuneli które sekretnie łączą ze sobą najważniejsze budynki Milicza. W czasach kiedy byłem jeszcze małym chłopcem o labiryncie owych tuneli mówiło się w Miliczu zupełnie otwarcie. Nadal też istniały wówczas liczne do niego wejścia. Potem wejścia te stopniowo były zamurowywane. Do jakiejś połowy lat 1960-tych nie ostało się otwarte nawet jedno z nich. Ponadto ludzie którzy zwiedzali te tunele, lub coś ważnego na ich temat wiedzieli, w najróżniejsze tajemnicze sposoby znikali z tego świata. Czy wszystko to było tylko zbiegiem okolicznosci - postaram się bliżej objaśnić w punkcie #F3 tej strony.
       Jak to wyjaśniłem już wcześniej, w podziemiach kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu zaraz po wojnie istniało otwarte wejście do systemu podziemnych tuneli pod Miliczem. Wejście to jednak zostało zamurowane w latach 1950-tych. Z kolei cały labirynt tuneli pod Miliczem opisałem dokładniej na odrębnej stronie o samym Miliczu - patrz tam punkty #4 i #5, oraz podpisy pod "Fot. 3", "Fot. 5", "Fot. 7", "Fot. 8", "Fot. 28", oraz "Fot. 29". (Szczególnie podpis pod rysunkiem "Fot. 29" opisuje połączenie całego labiryntu tuneli pod Miliczem z podziemiami kościoła Świętego Andrzeja Boboli.)
       Powinienem tutaj dodać, że niewielki tunelik ma również się znajdować w pobliskiej do Milicza wsi Wszewilki. We Wszewilkach tunel ten biegł prosto jak strzała od byłego kościółka romańskiego we Wszewilkach, do cenrum cmentarza w lesie przy Wszewilkach, gdzie jego sekretny wylot miał się znajdować ukryty w jednym z grobowców. Opis tego tuneliku zawarty jest m.in. w punkcie #3 odrębnej strony o wsi Wszewilki, a także w punkcie #C5 niniejszej strony.


#F2. Podziemia kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu oraz ich połączenie z systemem tuneli pod Miliczem:

       W czasach tuż po drugiej wojnie światowej, podziemia kościoła ewangelickiego z Milicza (tego ze zdjęcia "Fot. #2 (29)" powyżej) dostępne były dla ciekawskich. Tyle tylko, że w owym czasie sam kosciół był już przemianowany na kosciół rzymsko-katolicki pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli. Te osoby które wchodziły wówczas do owych podziemi opowiadały, że podziemia te zapełnione były stosami starych trumien.
       W owym czasie istniał jeden makabryczny szczegół jaki im rzucał się w oczy w owych podziemiach kościoła. Było to wysuszone i zmumifikowane ciało w niemieckim mundurze, przybite bagnetem z rosyjskiego karabinu do jednej z tych trumien. Niemiec ten zapewne był uczestnikiem owego miniaturowego garnizonu niemieckiego, jaki w milickim ratuszu przeciwstawił się nacierającym Rosjanom. Podczas gdy jego towarzysze broni się, poddali, a następnie zostali rozstrzelani - tak jak to jest dokładnie opisane na odrębnej stronie poświęconej bitwie o Milicz, on zapewne uciekł z ratusza tunelem podziemnym jaki w owych czasach łączył ratusz z owym kościołem ewangelickim. Potem ukrywał się przed Rosjanami właśnie w podziemiach tego kościoła. Niestety dla niego, nie było to dalekowzroczne posunięcie, bowiem wiadomo że po zdobyciu jakiegoś miasta maruderzy ze zwycięskiej armii zawsze najpierw plądrują kościoły w poszukiwaniu złota liturgicznego (kościoły wszakże wypatrzyć najłatywiej po ich wieżach). Pechowo więc dla niego, został on tam przez Rosjan wykryty. Rosjanie przybili go bagnetem do stosu owych drewnianych trumien. Bagnet został następnie obłamany, tak że ciało owego Niemca zwisało z trumien. Wkrótce potem wyschło jak mumia. Przez kilka następnych lat ów nieboszczyk w niemieckim mundurze był makabryczną atrakcją dla odwiedzających te podziemia.
       Wycoce interesujące w tych zdarzeniach jest ujawnienie zjawiska owej naturalnej zdolności podziemi kościoła Św. Andrzeja Boboli do mumifikowania zwłok. Nie każde bowiem miejsce i nie każde podziemia na Ziemi posiadają ową zdolność. Faktycznie jest ona raczej unikatem. Przykładowo, w starożytnym Egipcie uważano ją za aż tak cenną, że aby ją uformować technicznie odwoływano się tam do mozolnego budowania ogromnych piramid. Ciekawe co w milickim kościele powoduje pojawienie się tego rzadkiego zjawiska.

Fot. #3 (5b).

Fot. #3 (5b): Wygląd typowego podziemnego tunelu z okresu średniowiecza. Powyższy tunel dostępny jest dla zwiedzających w Kłodzku. Wejścia do niego znajdują się przy kłodzkim ratuszu oraz pod twierdzą kłodzką. Jest on dobrze oświetlony, zabezpieczony przed zabłądzeniem, oraz pełen średniowiecznych eksponatów, warty więc zobaczenia - gorąco zachęcam. Cały labirynt średniowiecznych tuneli bardzo podobnych do powyższego znajduje się również pod Miliczem. W czasach aż do zakończenia drugiej wojny światowej tunele te były przechodnie i utrzymywane w dobrym stanie technicznym. Istniało wówczas otwarte połączenie tunelowe pomiędzy podziemiami każdego kościoła Milicza, w tym kościoła ewangelickiego z fotografii "Fot. #2 (29)" powyżej, z całym systemem pozostałych tuneli podmilickich. Potem jednak wejście z podziemi kościoła do owego systemu tuneli zostało zamurowane.


#F3. Bogate skarby czy ogromnie ważna tajemnica - co naprawdę jest ukryte w podziemiach Milicza:

Motto: "Każda twierdza jest tym zacieklej broniona im coś cenniejszego w sobie ukrywa."

       Ja osobiście wierzę, że coś ogromnie ważnego zostało dobrze ukryte w labiryncie podziemnych tuneli Milicza. Jest to coś na tyle ważnego, że istoty opisywane na odrębnej stronie o podmieńcach, wkładają obecnie wiele trudu aby tego czegoś ludzie nie zaczęli poszukiwać. A jak to wyjaśniłem w punkcie #D2.2 strony internetowej o Koncepcie Dipolarnej Grawitacji, owe istoty posiadają wehikuły czasu i stąd dokładnie wiedzą że owo coś zostanie w przyszłości odkryte. Usilnie więc starają się teraz temu przyszłemu odkryciu przeszkodzić. Oczywiście, należy zadawać sobie pytanie jakie fakty potwierdzają, że coś ważnego faktycznie istnieje ukryte w owych podziemiach. Ano jest aż kilka owych faktów. Żaden też z nich nie stoi w sprzeczności ani z metodami działania owych istot, ani z faktami historycznymi które są nam już znane. Przeglądnijmy te fakty. Oto one:
       1. Uparte pogłoski że podziemia Milicza ukrywają coś ogromnie ważnego i cennego. Zaraz po wojnie wśród mieszkańców Milicza krążyły liczne pogłoski, że w podziemnych tunelach ukryte zostało coś ogromnie cennego. Jako źródła owych cenności wskazywano dwa historyczne wydarzenia, mianowicie najazd Husytów na Milicz - po którym nie ocalał nikt z tych co wiedzieli gdzie zostały zamurowane kosztowności Milicza (patrz punkt #29 odrębnej strony o Miliczu), a także ucieczka Maltzanów - którzy nie zdążyli zabrać swoich cenności, a podobno też je zamurowali w podziemiach (ja wprawdzie słyszałem że w podziemiach swego pałacu, a nie Milicza - chyba że miano wówczas na myśli milickie tunele przebiegające pod ich pałacem). Zaraz po wojnie wielu też ludzi z Milicza poszukiwało owych cenności - nigdy nie słyszałem jednak aby ktoś znalazł coś naprawdę wartościowego. Co ciekawsze, sekretne poszukiwania prowadzone były w owych lochach nawet przez komunistyczne władze - a te zapewne miały do swej dyspozycji źródła informacji na jakich mogły polegać.
       2. Tajemnicze poznikanie wszystkich wejść do milickich podziemi. Wejścia do systemu podziemnych tuneli pod Miliczem w jakiś dziwny sposób nagle poznikały. A w czasach zaczynania mojej szkoły podstawowej (tj. w latach 1950-tych) wejść tych było sporo. Do czasu jednak gdy ukończyłem tą szkołę i zaczynałem liceum, ocalały tylko dwa z nich (tj. w ruinach zamku i z piwnic wypalonego ratusza). Jednak i te zniknęły do czasu zanim ukończyłem liceum Poznikanie owych wejść bardzo wyraźnie przypomina mi nagłe poznikanie wejść do tuneli pod Babią Górą - które według legend także kryją jakąś ważną dla ludzkości tajemnicę - po opisy tamtych tuneli patrz traktat [4c] o tunelach spod Babiej Góry.
       Z wejść do tuneli pod Miliczem o których nadal pamiętam, najczęściej używane i najschudniejsze znajdowało się w piwnicy kamienicy położonej w przybliżeniu naprzeciwko jedynej kiedyś w Miliczu księgarni, która w dawnych czasach znajdowała się na jednokierunkowej uliczce wylotowej z milickiego rynku. Wejście to zostało jednak zamurowane jeszcze w latach 1950-tych. Inne często używane wejście było w rodzaju jakby "klatki schodowej" z wnętrza muru milickiego Zamku (nie mylić z Pałacem w Miliczu), w południowo-wschodnim rogu tego Zamku. Także i ono zostało zawalone gruzami w latach 1960-tych. Istniało też wejście do tuneli w studni milickiego Zamku (zawalonej i zniszczonej w 1960-tych) - studnia ta znajdowała się na dziedzińcu Zamku. Inne wejście do tuneli było w piwnicach spalonego ratusza - obecnie zabetonowanych pod dreptakiem rynku. Kolejne wejścia były w podziemiach kościoła Św. Andrzeja Boboli, w podziemiach Pałacu w Miliczu, oraz w grobowcu Margrabiego Maltzana. Wszystkie te wejścia zostały jednak systematycznie zniszczone. W chwili obecnej sytuacja jest taka, że aby dostać się do owych tuneli, raczej konieczne byłoby "wkopywanie" się do nich, zamiast szukanie ich pozawalanych wejść. Trzebaby więc np. najpierw znaleźć ich przebieg za pomoca tzw. "ground-penetrating radar", a dopiero potem do nich się "wkopać".
       3. Niewyjaśnione śmierci wszystkich którzy wiedzieli zbyt wiele na temat owych tuneli. W sposób niezwykle systematyczny, praktycznie wszyscy autochtoni z okolic Milicza, którzy wiedzieli cokolwiek na temat owych tuneli, zostali wymordowani jeden po drugim. Ich sekretne morderstwa opisałem na odrębnej stronie o Wszewilkach. Co jednak jeszcze bardziej zastanawia, to że wygląda iż także i ludzie którzy przeszukiwali owe tunele w czasach zaraz po wojnie (kiedy były one jeszcze dostępne) też zostali wyprawieni w ekspresowym tempie na tamten świat jeszcze w czasach swojej młodości. Przykładowo, w młodym wieku umarł m.in. i Zbyszek o którym piszę w podpisie pod "Fot. 3" ze strony o Miliczu. Na stronach zaś o bandytach wśród nas, czy o militarnych zastosowaniach magnokraftu, wyjaśniam że istnieje aż cały szereg skrytych metod za pomocą których ludzie jacy wiedzą coś niebezpiecznie ważnego mogą zostać eskpresowo wyprawieni na tamten świat.
       4. "Sadzenie lasu wokół drzewa jakie chce się ukryć." Istoty które opisuję na stronie o podmieńcach, szeroko stosują na Ziemi strategię którą jedna z nich wyjaśniła mi kiedyś wyrażone w formie ich powiedzenia "jeśli chcesz ukryć drzewo, wówczas posadź wokół niego cały las". Otóż jeśli ktoś obserwuje uważnie co się dzieje na różnych forach w Internecie, wówczas nie powinien mieć wątpliwości, że wokół sprawy tuneli pod Miliczem sadzony jest właśnie cały las. W ramach przykładu warto sobie zaglądnąć na forum tropiciele-tajemnic.com.
* * *
       Moim zdaniem powyższe przesłanki wyraźnie wskazują, że coś naprawdę ważnego ukrywane jest w podziemiach tuneli Milicza. Czy jednak jest to skarb - tego nie jestem pewien. Wszakże zamiast go ukrywać - ktoś raczej by go zrabował. Ja osobiście wierzę, że tym ukrywanym czymś są jakieś ciężkie obiekty (np. historyczne archiwa kościelne, czy duże zabytkowe obiekty muzealne) potwierdzające przeszłość Milicza i Wszewilek - np. obiekty ukryte przez Maltzanów. Wszakże łatwo sobie wyobrazić co by się stało, gdyby np. informacje zawarte na odrębnej stronie o Wszewilkach, nagle zostały potwierdzone odkryciem takich artyfaktów. Jak np. wyglądałyby wówczas opinie tych oszczerców którzy w Internecie obecnie wyżywają się na ten temat.


Część G: Dotknięcia nadprzyrodzoności z okolic Milicza:

      


#G1. Sapieha z okolic Milicza - czyli latający "czarnoksiężnik" z ogromnymi nietoperzymi skrzydłami:

Motto: "W każdym opowiadaniu ukrywa się ziarenko prawdy."

       Każdy obszar świata posiada swoje sposoby straszenia tych dzieci które są nieco niegrzeczne, jednak nie na tyle niegrzeczne aby zasługiwały na klapsa. Jeśli dobrze pamiętam, to w latach 1970-tych we Wrocławiu można było efektywnie nastraszyć niemal każde dziecko, poprzez przypomnienie mu "czarnej ręki". Dlaczego jednak dzieci Wrocławia okropnie bały się wówczas owej przypominanej im "czarnej ręki", na zawsze to pozostanie dla mnie niewyjaśnione. W czasach kiedy ja byłem mały, dzieci z okolic Milicza (m.in. z obszaru włączającego Wszewilki, Stawiec, oraz Cieszków), straszone były ostrzeżeniem "Sapieha leci". Ostrzeżenie owo wywodziło się jednak ze znacznie dawniejszych czasów. Z opowiadań rodzinnych wiadomo mi bowiem, że tym samym ostrzeżeniem straszono już w tamtych okolicach pokolenie moich rodziców kiedy ono było dziećmi. To zaś oznacza, że ów latający "Sapieha" grasował w okolicach obecnej gminy milickiej nie później niż w początkach XX wieku. (Równie dobrze mógł jednak grasować tam jeszcze wcześniej - nie jest mi bowiem wiadomo jak i kim straszono tam pokolenie rodziców moich rodziców - kiedy ci ciągle byli dziećmi.) Ja poszukiwałem jakichś informacji pisanych na temat odrażających zachowań kogoś z rodziny Sapiehów z tamtych okolic - które to zachowania dostarczyłyby jakiejś wskazówki co do pochodzenia tego dziwnego ostrzeżenia. Nie znalazłem jednak nic konkretnego. (Jeśli ktoś z czytelników wie coś na ten temat to prosiłbym o danie mi znać.) Jedyne co znalazłem to opis legandy "O księciu Sapieże, chytrym krawczyku i diabłach" zawarty m.in. na stronie internetowej krotoszyn.pl/legendy.html, a wywodzący się z książki [F1] pióra Stanisław Świrko, "Orle gniazdo: Podania, legendy i baśnie wielkopolskie" (Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1969, strony 201-204). Posądzam jednak że książę Piotr Sapieha z Koźmina, który jest główną postacią owej legendy, nie ma nic wspólnego z ostrzeżeniem "Sapieha leci" używanym w okolicach Milicza - na przekór że wszystkie te miejscowości leżą w "zasięgu patrolowych lotów tego samego czarnoksiężnika".
       Według tego co mi wiadomo na temat owego ostrzeżenia "Sapieha leci", to ów Sapieha miał być miejscowym "czarnoksiężnikiem" żyjącym gdzieś w tamtych okolicach i znanym lokalnym ludziom. Miał on mieć ogromne skrzydła jak nietoperz. Skrzydeł tych używał nocami podczas lotów patrolowych nad "swoim" obszarem. W lotach tych poszukiwał samotnych ofiar jakim przyszło albo podróżować gdzieś nocą albo też dokonywać jakichś nocnych prac. Po znalezieniu ofiary zwykle pastwił się nad nią na najróżniejsze sposoby, usiłując jakoś spowodować śmierć takiej ofiary. Śmierć tą powodował jednak NIE poprzez osobiste zamordowanie tej ofiary, a poprzez albo zastraszenie jej na śmierć (np. aż do spowodowania ataku serca), albo też poprzez zapędzenie jej strachem do jakichś bagien, wody, jamy, czy starej studni, gdzie ofiara ta topiła się w efekcie panicznej ucieczki. Zimą miał podobno zwyczaj zapędzać swoje ofiary w bezludzie, gdzie umierały one z zimna, strachu i wyczerpania. Podobno potrzebował on owych śmierci nic mu niewinnych ludzi aby podtrzymywać swoje magiczne moce.
       Sposób mordowania ofiar przez "czarnoksieznika Sapieha" pokrywał się więc z obecnie nam znanym sposobem na jaki dzisiaj mordują ludzi UFOnauci. Jak to bowiem wyjaśniłem na stronach o zniszczeniowych użyciach wehikułów UFO, a także o bandytach w naszym własnym gronie, UFOnauci także niemal nigdy nie zabijają bezpośrednio. Raczej zawsze wywołują lub sprowadzają coś, co spowoduje śmierć danej ofiary. Tak że wina za daną śmierć zawsze spada na to coś, a nie na UFOnautów. Oczywiście, owo coś co uśmeirca dla UFOnautów też za każdym razem jest co innego. Dla indywidualnych ludzi jest to albo śmiertelna choroba, np. rak, albo też sprytnie zaaranżowany "wypadek". Natomiast dla śmierci zbiorowych zawsze jest to jakaś katastrofa lub odpowiednio nasterowane siły natury. Przykładowo, w przypadku zawalenia przez UFO hali w Katowicach było to zgniecenie dachu owej hali siłami magnetycznymi, jakiego dokonał niewidzialny dla ludzkich oczu wehikuł UFO. W przypadku odparowania przez UFO budynków WTC był to rzekomy atak terrorystyczny. Natomiast w przypadku zaindukowanego eksplozją UFO tsunami z dnia 26 grudnia 2004 roku była to podwodna eksplozja wehikułu UFO.
       Podobnie jak większość z nas, kiedy już wyrosłem z wieku w którym owo straszenie miało na mnie jakiś efekt, traktowałem te opowiadania z okolic Milicza o "czarnoksiężniku" zwanym Sapieha, tak jak każdy je dzisiaj traktuje - tj. z przymrużeniem oka. Jednak sprawa uległa sporemu pokomplikowaniu kiedy wyemigrowałem z Polski i stwierdziłem że ludowe opowiadania o dokładnie takich samych szatańskich istotach z nietoperzymi skrzydłami znane są w folklorze ludowym praktycznie całego świata. Istoty te znane są nawet na wyspach zupełnie odciętych od reszty świata. Co ciekawsze, większość precyzyjnych szczegółów owych istot dokładnie się powtarza w folklorach z całkowicie odmiennych części świata. Ponieważ logicznie trudno sobie wyobrazić aby dawni ludzie zamieszkujący odrębne części świata pozmawiali się ze sobą i wszyscy oni opisywali w swej zmowie dokładnie te same istoty, jedynym innym wytłumaczeniem dla takiej wszechobecności tych samych szczegółów u owych szatańskich istot, jest że istoty takie faktycznie istniały. Co ciekawsze, różni ludzie twierdzą, że spotykają je czasami nawet obecnie.
       Za pośrednictwem materiału ilustracyjnego jaki teraz przytoczę poniżej, chcę tutaj udokumentować, że istoty w rodzaju "czarnoksiężnika" Sapieha z okolic Milicza faktycznie znane są praktycznie we wszystkich kulturach i we wszystkich obszarach świata. We wszystkich też opisach istoty te posiadają te same kluczowe cechy - na przekór że w zależności od lokalnego kolorytu i kultury cechy te prezentowane są na nieco odmienne sposoby. Oto więc ów materiał ilustracyjny:

Fot. #4a. Fot. #4b. Fot. #4c.

Fot. #4a-c: Żeński "diabeł" z jakby skrzydłami nietoperza. Aby umożliwić lepsze przyglądnięcie się szczegółom jej skrzydeł i łap z 3+1 krogulczymi szponami, pokazana jest ona z dwóch kierunków. (Dalsze wyjaśnienia na jej temat zawarte są na odrębnej stronie internetowej o ewolucji.) Podobno to takie właśnie "nietoperze skrzydła" miał mieć latający czarnoksiężnik popularnie nazywany "Sapieha", który w początkowych latach XX wieku terroryzował ludzi z obszaru dzisiejszej gminy Milicza. (Tyle że on był płci męskiej, a nie żeńskiej.) Jeszcze w latach mojej młodości miejscowi autochtoni straszyli dzieci ostrzeżeniem "Sapieha leci"! Powyższa figura "żeńskiego diabła" wywodzi się z kultury Północnego Pacyfiku (Dalekiego Wschodu), a ściślej z miejscowości Suwon w Korei Południowej. Jednak w Polsce takie właśnie istoty posiadające jedynie cztery szponiaste palce też były znane. To właśnie o takim diable Mickiewicz pisze w "Pani Twardowska", cytuję: "... kurzą nogę i krogulcze miał paznokcie. ..." Patrzac na "krogulcze nogi" tego żeńskiego diabła łatwo można się domyślić, kto właścicie wprowadził na Ziemi modę na damskie "szpilki" - aby ukryć w ich obcasie niewygodnie odstający szpon. Na figurynce powyższego diabła uwagę zwraca jakby "wężowy wzór" na jej skórze. (Wzór ten najlepiej widać kiedy zdjęcie to się maksymalnie powiększy poprzez kliknięcie na nie i jego oglądanie na największym ekranie.) To zapewne z uwagi na ów wzór wielu dzisiejszych uprowadzonych do UFO twierdzi że widziało tam rasę "gadów". Wzór ten jest doskonale znany nowozelandzkim Maorysom. Aby bowiem się jakoś przypodobać złośliwym przybyszom o magicznych mocach, nowozelandzcy Maorysi tatuowali sobie podobny wzór na skórze własnych twarzy. Ten maoryski wzór tatuowany na skórze na podobieństwo wzoru ze skóry owych "diabłów" czy "czarnoksiężników" nazywany jest moko. Funkcje owych niby "nietoperzowych skrzydeł" u istot dawniej nazywanych "diabłami" lub "czarnoksiężnikami", zaś dzisiaj określanych mianem UFOnauci, wyjaśnione zostały dopiero przez najnowsze ustalenia ludzi uprawiających nurkowanie spadochronowe. Otóż takie "skrzydła", faktycznie stanowiące odpowiednie naszywki na odzieży ubieranej przez danego ich użytkownika, dopomagają w lepszym manewrowaniu podczas lotów w powietrzu. Warto odnotować, że istota z powyższego zdjęcia ma jakby dwie pary rąk. Jedna para szponiastych rąk wzniesiona do góry rozpina jej skrzydła, zaś druga para ułożona wzdłuż ciała nadaje jej ludzkiej postaci. Owe dwie pary rąk wynikają z prostego nieporozumienia. Istoty te mają bowiem tylko jedną parę rąk - podobnie jak ludzie. Tyle, że folklor ludowy nie był świadomy, iż ich "skrzydła" to po prostu odpowiednio ukształtowana i specjalnie wykonana peleryna która nabiera kształtu skrzydeł tylko kiedy istota ta podczas lotu wzniesie ręce do góry. Folklor sądził więc, że podobnie jak ptaki mają one odrębne skrzydła. Tymczasem kiedy istota ta chodzi po ziemi z rękami swobodnie zwisającymi wzdłuż ciała, ich "skrzydła" zamieniają się w rodzaj jakby płaszcza z peleryną. Krój tego płaszcza do dzisiaj zresztą jest imitowany przez górną część ("marynarkę") oficjalnych garniturów dostojników i konduktorów orkiestry, popularnie zwanych "frak". (Interesująco, po angielsku ów oficjalny ubiór nazywany jest "tuxedo" - która to nazwa jest zwykłą "grą dźwięków" przenoszącą w sobie znaczenie "ubiór transportujący". Np. w Ameryce owo "tuxedo" opisywane jest też slangową nazwą "tux" - której wymowa jest tam niemal identyczna jak słowa "taxi".) Zwykli ludzie odnotowali bowiem, że dostojnicy (a ściślej podszywające się pod nich istoty), którzy w dawnych czasach byli przy władzy i przy pieniądzach, często ubierali takie właśnie stroje z peleryną. Ludzie zaczęli więc imitować krój ubioru owych wpływowych istot w ziemskich oficjalnych strojach.
       Fot. #4a (kliknij na niniejszy "zielony" napis aby zobaczyć to zdjęcie w powiększeniu): Żeński diabeł-UFOnauta sfotografowany w widoku z boku. Szczególnie dobrze on ujawnia ułożenie i boczny wygląd szponiastych palców na nodze tejże istoty. W tym celu warto się dobrze przyglądnąć jej lewej nodze. Ponadto zdjęcie to dobrze też ukazuje wygląd ich 3+1 palcowych dłoni. (Prawdziwe jej dłonie są te wzniesione do góry.) Trzeba przyznać że istoty te wcale NIE należą do najprzyjemniejszych w wyglądzie i obcowaniu. Nic dziwnego że wojowniczy Maorysi bali się ich naprawdę panicznie. Polsce i Europie folklor ludowy także zna złe, trzy-plus-jeden palcowe istoty żeńskie, które niezależnie od wyrażenia "diablica" dawniej opisywane były również nazwami "zła czarownica", "Baba Jaga", "licho", "chochlik", "elf", oraz całym szeregiem innych nazw. Zdjęcie pokazujące jeszcze jedną z tych 3+1 palcowych żeńskich istot opisywanych przez folklor ludowy zarówno Europy, jak i reszty świata, pokazane zostało też jako (kliknij tu) Fot. 7b ze strony internetowej o kosmitach.
       Fot. #4b (kliknij na niniejszy "zielony" napis aby zobaczyć to zdjęcie w powiększeniu): Żeński diabeł-UFOnauta sfotografowany w widoku z przodu. Tym razem zdjęcie to dobrze ujawnia wygląd od przodu ich nóg i rąk o 3+1 szponiastych palcach. Powinienem tutaj dodać, że powyższe zdjęcie, a także następne zdjęcie "Fot. #4c", pokazane oraz omówione dokładniej zostały również na stronie memoriał. Natomiast z zupełnie innych punktów widzenia powyższe zdjęcie jest analizowane i dyskutowane na stronach o ewolucji oraz o zamku w Malborku.
       Fot. #4c (kliknij na niniejszy "zielony" napis aby zobaczyć to zdjęcie w powiększeniu): Puste miejsce pozostawione po pospiesznym usunięciu żeńskiego diabła-UFOnauty zaraz po tym jak niniejsza strona zwróciła uwagę społeczeństwa (i UFOnautów) an jego istnienie i wymowę. Niniejsze zdjęcie pustego miejsca pozostawionego po pospiesznym usunięciu pokazywanego tu "żeńskiego diabła" ilustruje też doskonale jak długie są macki naszych starannie ukrywających się przed ludźmi okupantów z kosmosu, oraz jak brutalnie okupanci ci usuwają z Ziemi wszelkie dowody swego istnienia o jakich informacje dostały się do publicznej wiadomości i to bez względu na wartość historyczną, kulturową, czy zabytkową tych dowodów . Po tym jak wykonałem powyższe zdjecia i je opublikowałem w internecie, jakieś dwa miesiące później przypadkowo przechodziłem koło miejsca gdzie owa rzeźba "żeńskiego diabła-UFOnauty" się znajdowała. Przez jakieś zrządzenie Boga właśnie w owym momencie podjechała pod tą rzeźbę kruczo-czarna furgonetka z czarnymi (zadymionymi) oknami. Wysiadło z niej kilku staroświecko ubranych na czarno jegomościów w czarnych okularach przeciw-słonecznych. Patrząc na nich pomyślałem że wyglądają oni jak typowi "Man in Black" (MIB) i że powinienem wykonać ich zdjęcie. Jednak coś mi natychmiast w umyśle zaczęło perswadować "po co masz się narażać wykonywaniem zdjęć tych typków - być może są to gangsterzy albo zakamuflowani szpiedzy". Biło bowiem od nich bardzo silne poczucie groźby, niebezpieczeństwa i brutalności. Ich wyrazy twarzy też były bardzo wrogie i nieprzyjemne. Ja znalazłem je wprost odpychające. Osobiście wyobrażam sobie że podobne wyrazy twarzy mieli zapewne, lub należałoby się spodziewać że powinni mieć, hitlerowcy zarządzający obozami koncentracyjnymi, zawodowi kaci, albo masowi mordercy. Nie wykonałem więc ich zdjęć, a tylko obserwowałem co dalej uczynią. Podeszli pod ową rzeźbę i wszyscy jak na jakieś hasło zaczęli ją równocześnie w milczeniu oglądać z dziwnie zsynchronizowanymi poruszeniami. Obchodzili ją naokoło i oglądali ją ze wszystkich stron, poczym w milczeniu wszyscy wsiedli do wanu i odjechali. Kilka dni później odnotowałem że rzeźby już nie było. Kiedy i jak ją usunięto - tego nie mam pojęcia. Co ciekawsze, rzeźba ta dodawała uroku, zaś puste po niej miejsce razi teraz pustotą jak szczerba po wyrwanym zębie. Jest jasne, że celem tych MIB było zidentyfikowanie że rzeźba jest tą którą ja opublikowałem na niniejszej stronie, oraz natychmiastowe zorganizowanie jej usunięcia. Gdybym to wiedział gdy ich widziałem wówczas z całą pewnością podjąłbym ryzyko wykonania ich zdjęcia. Nie ulega bowiem wątpliwości że faktycznie byli to UFOnauci (MIB) oraz że przybyli tam specjalnie po to aby zniszczyć kolejny dowód swojej działalności na Ziemi - tak jak to opisuję na stronie internetowej memoriał. Jak widać macki globalnej organizacji UFOnautów są długie, zaś ich uchwyt na szyi ludzkości - iście żelazny. W tej sytuacji proponuję na wszelki wypadek wykonać dla siebie kopię powyższych zdjęć, bowiem łatwo przewidzieć że wkrótce i one zostaną jakoś zniszczone przez UFOnautów - tak jak wszelkie inne ukrywane przed ludźmi dowody na skrytą okupację Ziemi przez UFOnautów.
       Oczywiście, jestem świadomy że jeśli ktoś zacznie dyskutować na temat usunięcia owej rzeźby, panoszący się wśród ludzi i w internecie tzw. podmieńcy-UFOnauci będą argumentowali zapewne, że jej zniknięcie jest tylko czasowym "zbiegiem okoliczności". Wszakże w ich argumentach każdy dowód na ich niewidzialną okupację Ziemi, oraz każde spowodowane przez nich wymowne zdarzenie, jest tylko "zbiegiem okoliczności". W odpowiedzi na takie argumenty chciałbym jednak tu wyjaśnić, że zgodnie z totalizmem w świecie fizycznym nic się nie dzieje przez zwykły "zbieg okoliczności", a wszystko ma swoje przyczyny i skutki. Stąd nikt nie usuwa bez powodu rzeźby która zdobiła miasto, która jest w pięknym stanie technicznym, oraz po której usunięciu pozostaje szkaradna dziura jak szczerba w przednich zębach miasta. Faktycznie to widziałem w świecie (a także i w Suwon - gdzie owa rzeźba stała) nieporównanie szkaradniejsze rzeźby będące w znacznie gorszej kondycji fizycznej i nikt ich nie usuwał - fakt że NIE ilustrowały one sobą gorzkiej prawdy na temat "diabłów-UFOnautów" i ich sekretnej okupacji Ziemi.
* * *

Fot. #5a. Fot. #5b. Fot. #5c.

Fot. #5abc: Figurynki drewniane wykonane przez nowozelandzkich Maorysów prymitywną techniką nie znającą metali. Wszystkie te figurynki wyraźnie ujawniają, że owe straszne "nadprzyrodzone istoty" które w dawnych czasach odwiedzały i prześladowały Maorysów z Nowej Zelandii, miały po cztery palce ze szponami na rękach i nogach, oraz dziwny "wężowy wzór" na skórze - dokładnie tak jak to widoczne na precyzyjniejszej rzeźbie "żeńskiego diabła" pokazanej na "Fot. #4ab" powyżej. Aczkolwiek więc owe figurynki pochodzą z odmiennej kultury niż Polska, faktycznie to ilustrują one dokładnie tych samych "diabłów" które prześladowały również Polaków. Z powyższych figurynek dosyć dobrze można się zorientować jaka faktycznie była anatomia owych "nadprzyrodzonych istot" które w przeszłości pokazywały się Maorysom, a także jak wyglądał ów "wężowy wzór" na ich skórze, który stał się pierwowzorem dla maoryskiego moko. Na wszystkich Maoryskich figurynkach konsystentnie jest pokazywane, że istoty te posiadały (3+1) szponiaste palce u rąk i nóg. W Europie owe złośliwe i wrogie ludziom istoty kiedyś najczęściej nazywano "diabłami", zaś obecnie nazywa się "UFOnautami". Maorysi nazywali je jednak za pomocą całego szeregu innych nazw, które zwykle nie posiadają polskojęzycznych ani angielskojęzycznych odpowiedników. Najczęściej używaną z tych nazw jest Taniwha. Kryje się pod nią cały szereg odmiennych potworów, których wojowniczy Maorysi panicznie się boją. (Niektórzy Maorysi twierdzą że nawet i obecnie widują owe Taniwha.) Mnie kiedyś intrygowała owa nazwa "Taniwha". Przeprowadziłem więc badania co właściwie Maorysi rozumieli oryginalnie pod tą mistyczną nazwą. Badania te ujawniły, że nazwą "Taniwha" Maorysi obdarzali zarówno to co my obecnie nazywamy "wehikułami UFO", jak i szatańskie istoty (tj. "UFOnautów") które przylatywały w owych wehikułach UFO. Więcej informacji na temat maoryskich Taniwha można znaleźć na stronie o Nowej Zelandii. Inną nazwą często używaną przez Maorysów dla owych złośliwych, mściwych, oraz niemoralnych istot, to Patupaiarehe (tj. istoty z mgły) oraz "Turehu" - tj. odpowiedniki angielskich fairies oraz elves. Te nazwy w przybliżeniu mogą być tłumaczone na polski jako "diabły". Niemniej obejmują one także i cały szereg innych wrogich ludziom istot, które znali nasi przodkowie, zaś o których my pomału już zapominamy. Ich przykładami są "chochliki", "licha", "dżyny (np. ten z 'Lampy Alladyna')", oraz właśnie owi latający jak ogromne nietoperze "czarnoksiężnicy". Istoty te przylatują na Ziemię ciągle i do dzisiaj. Tyle że niemal już nie pokazują się ludziom. Tylko czasami u niektórych ofiar nocnych uprowadzeń do UFO zostają na rękach lub nogach cztery sine odciski po ich czteropalcowych łapskach, ułożone w ów charakterystyczny wzór (3 + 1) i czasami nawet mające w swoim centrum punktowe nakłucia skóry spowodowane ich ostrymi krogulczymi szponami. Oto co poszczególne zdjęcia powyżej sobą przedstawiają:
       (#5a - lewe) Bardzo stara figurynka drewniana, którą sfotografowałem w marcu 2006 roku w Muzeum w Christchurch, Nowa Zelandia, Wyspa Południowa. Jednak bardzo podobne do niej figurynki maoryskie można znaleźć w praktycznie niemal każdym muzeum Nowej Zelandii.
       (#5b - środek) Drewiniana figurynka Maoryskiego Taniwha, która straszy przechodniów zwiedzających gejzery w Rotorua. Też ją sfotografowałem w marcu 2006 roku w Muzeum gejzerów w Rotorua na Wyspie Północnej. Na ręce wyraźnie można odnotować 3 szponiaste palce. Chociaż zaś z tego kierunku niezbyt dokładnie to widać, ze specjalnych otworów na palce z przodu jej butów też wystają tylko po 3 szpony na każdej jej nodze. W kulturze maoryskiej owe Taniwha zawsze są pokazywane w sposób jaki ma wzbudzać strach. Były to wszakże bardzo diabelskie i straszne istoty. W swoich figurynkach Maorysi uwypuklają więc wszystkie te ich cechy, które wzbudzają strach. W tym przypadku obejmuje to nieludzko długi język - jakim te szatańskie istoty były w stanie polizać własne piersi, trzy-plus-jeden-palcowe dłonie i stopy z groźnymi, krogulczymi pazurami, ów straszny wzór "Moko" na ich skórze, a także ich szatańska maskotka-lizard (jaszczurka) zwana "Moko-moko" która wisiała na ich piersi.
       Z moich własnych dociekań wynika, że "Moko-moko" faktycznie było rodzajem jakiejś morderczej broni, którą owe istoty używały przeciwko Maorysom. Broń tą Taniwha nosili wszakże zawsze ze sobą - zwisającą im na piersiach, czyli tak jak niektórzy ludzie noszą dzisiaj swoje pistolety maszynowe w gotowości do strzelania. Ponieważ zaś owa broń podczas użycia jakby ożywała i zaczynała posłusznie wykonywać nakazy swoich właścicieli, nieznający urządzeń technicznych Maorysi tłumaczyli ją sobie jako rodzaj maskotki-lizarda (jaszczurki) która normalnie śpi znieruchomiała, jednak na rozkaz swego pana nagle ożywa i "zagryza" na śmierć wskazaną jej ofiarę.
       Ten zielony lizard (jaszczurka) zwisający z języka owej "Taniwha" to właśnie "Moko-moko". Odnotuj że jego pysk jest skierowany ku wnętrznościom swego władcy, tak jakby lizard się zastanawiał czy nie wygryźć owych wnętrzności i jedynie strach go powstrzymywał przed zatopieniem w nie zębów. Moko-moko jest to szczególny rodzaj budzącego strach stwora. Dla Maorysów był on drugim bogiem śmierci. Pierwszym bogiem śmierci u Maorysów jest gigantyczna niewiasta zwana "Hine-nui-o-Te-Po". Była ona biginią zwykłego odchodzenia w zaświaty. Tymczasem ów lizard "Moko-moko" był bogiem szczególnego (przerażającego) sposobu umierania, jaki dzisiaj byśmy opisali nazwą "choroba popromienna". Maorysi wierzyli, że ta straszna choroba jest wywoływana przez takiego niewidzialnego lizarda wyjadającego wnętrzności danej ofiary. Ów zaś straszliwy lizard był m.in. maskotką Taniwha posłuszną rozkazom owych przerażających istot. Na temat "Moko-moko" wyjaśnione jest dosyć dużo w podrozdziale C1 z monografii [5/4]. W tym miejscu powinienem ujawnić, że UFOnauci mają jakś rodzaj broni generującej promień o wysokiej energii (laserowy czy też jonowy). Jej efekty działania są podobne do tych opisywanych przez folklor maoryski jako wynik zostania "pogryzionym przez Moko-moko". Czwartkowej nocy w dniu 15 marca 2007 roku około 4 nad ranem, ja sam zostałem uprowadzony na pokład UFO, gdzie postrzelono mnie w brzuch właśnie ową straszliwą bronią. Dokładniejszy opis tego postrzelenia przytoczyłem w punkcie #D3 (3) strony internetowej o karmie. W wyniku tamtego postrzelenia moje ciało na brzuchu się rozpadło, pozostawiając dziurę o średnicy ołówka. Wykonałem nawet zdjęcie owego postrzelenia, jednak jest ono zbyt okropne aby pokazać je publicznie. Tamtego postrzelenia mnie w brzuch mściwi UFOnauci dopuścili się w ramach całego pasma najróżniejszych złośliwości jakimi mnie trapili z powodów opisanych w punkcie #A4 strony internetowej o Wszewilkach naszego jutra.
       Czytelnik zapewne się zastanawia, jak to możliwe, że martwy przedmiot jakim jest rodzaj broni używanej przez kosmitów, mógł być interpretowany przez Maorysów jako szczególnie szatańsko gryząca jaszczurka. Jeśli jednak dokładnie rozważyć sytuację w której znajdowali się wówczas Maorysi, oraz wiedzę jaką Maorysi wtedy posiadali, wówczas natychmiast przestaje dziwić taka interpretacja broni. Wszakże broń ta była w stanie "ożywać" w ręku kosmitów oraz "kąsać" wskazaną jej osobę. A przecież Maorysi owych czasów nie znali maszyn ani faktu że maszyny są w stanie "zadziałać" tak jak żywe stworzenia. Wszystko co ich otaczało dzielili więc tylko na dwie kategorie, mianowicie na obiekty martwe, takie jak. np. kamienie, oraz na żywe stworzenia, takie jak np. ryby czy jaszczurki. Ponieważ broń czasami "ożywała" w rękach kosmitów, nie mogła więc być obiektem martwym, a musiała być żywym stworzeniem. Podobnie zresztą rozumowali też prymitywni Europejczycy dawnych czasów, którzy wehikuły UFO uważali za żywe stworzenia z gatunku latających węży i nazywali je "smokami" albo "serpentami" - co staram się uzmysłowić czytelnikom m.in. na stronie o dowodach działalności UFO na Ziemi. (Tak nawiasem mówiąc, to w kulturach krajów jakie malują "smoki" praktycznie na niemal każdym przedmiocie, np. Chin, Korei, czy Mongolii, "smoki" najczęściej obrazowane są właśnie jako rodzaje latających jaszczurów których nogi i ręce mają po 3+1 szponiastych palców o budowie identycznej do palców pokazanych na zdjęciu z "Fot. #4".) Jedyny problem jaki Maorysi mieli z bronią kosmitów, to zakwalifikowanie jej do jakiegoś rodzaju znanych im stworzeń żywych. Ich wybór padł na szatańsko kąsającą "jaszczurkę" zapewne aż z kilku powodów. Po pierwsze zapewne dlatego, że każda broń, nawet laserowa czy jonowa, musi mieć rodzaj lufy z której emituje ona swoje śmiercionośne przesyłki. Patrząc zaś na taką lufę z pozycji przyszłej jej ofiary, dosyć dobrze widzi się jej podobieństwo właśnie do jaszczurki z otwartą paszczą. Wszakże nawet nasze dzisiejsze rodzaje broni oglądane od strony postrzelonego wyglądają jak jaszczurki - jako przykład patrz zdjęcie "pepeszy" PPSh-41 pokazane na "Fot. #1d" ze strony o Bitwie o Milicz. Nie wspomnę zaś już o tym, że w krajach dalekiego wschodu, np. w Malezji, Chinach, Korei, czy Japonii, w dawnych czasach odlewano np. małe działka w taki sposób że wyglądem upodabniane one były do rzeźb jaszczurek, z których pyska wylatywały pociski. Kolejnym powodem dla jakiego broń kosmitów Maorysi uważali za szatańsko gryzące jaszczurki, był fakt że większość czasu broń ta była nieożywiona, czyli jakby "spała". Zaś w Nowej Zelandii rodzaj jakby jaszczurów zwanych tuatara przez wiele godzin potrafi trwać właśnie w zupełnym bezruchu, zachowując się tak jakby były one martwymi obiektami. W końcu każda broń podczas strzelania emituje jakiś rodzaj dźwięków. Jest wysoce prawdopodobne, że opisywana tutaj szatańska broń kosmitów emitowała podczas strzelania odgłos podobny do mlaskamia (ćwierkotu) jaszczurki.
       (#5c - prawe) Również bardzo stara maoryska figurynka drewniana z Muzeum w Dunedin, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia. Na jej wolnej ręce którą bawi się swoją bronią, wyraźnie widać układ 3+1 szponiastych palców. Ciekawa jest też owa broń którą bawi się ta szponiasta istota. Broń ta reprezentuje bowiem znieruchomiałego (znaczy śpiącego) "Moko-moko". Taki śpiący Moko-moko nazywany był jednak inaczej niż Moko-moko w stanie ożywionym i kąsającym. Przykładowo, nazywany był Wahaika, Patu, Kotiate, Maripu, Mere, itp. Prawdopodobnie wszystkie te nazwy imitują oryginalne nazwy odmiennych konstrukcji tej samej zasadniczej broni owych istot. Wszakże nasza ludzka broń palna również nazywana jest na wiele odmiennych sposobów - zależnie od tego jaką jej odmianę ktoś posiada. Niektóre odmiany nazywamy pistolet, inne pistolet maszynowy, jeszcze inne Kałasznikow albo pepesza, itp. Podobnie jednak jak w naszej broni palnej, w niemal wszystkich imitacjach owej broni kosmitów wyraźnie daje się wyróznić rodzaj jakby lufy i kolby. W imitacjach zwanych Wahaika i Maripu widać nawet spust, a także zarysy układu celowniczego. (Imitacje te z religijną dokładnością wykonywali sobie Maorysi, rzeźbiąc je w drewnie, kości, lub kamieniu. Dlatego my obecnie możemy pooglądać je sobie w muzeach lub w internecie.) Tyle że owe imitacje Maorysi potem używali tak jak maczugi - znaczy łapali je za lufy i łomotali przeciwników ich kolbami. Aby imitować oryginalnie zielony kolor Moko-moko, Maorysi najbardziej cenili imitacje broni kosmitów kiedy te wyrzeźbione zostały z łupliwego zielonego nefrytu (zwanego też "jade" albo "greenstone"). Oczywiście, z punktu widzenia użytkowości militarnej broń rzeźbiona z kruchego nefrytu (jade albo greenstone) nie czyni żadnego sensu. Wszakże rozpada się ona na odłamki przy każdym starciu z bronią przeciwnika, lub przy każdym uderzeniu w coś twardego. Jednak z punktu widzenia prestiżu, czyli maoryskiego "Mana", posiadanie imitacji broni która wiernie odzwierciedla zarówno kształt, jak i zielony kolor śpiącego i znieruchamiałego "Moko-moko" miało, oraz nadal ma, ogromne znaczenie dla Maorysów. Maorysów wcale też nie martwiła ani łupliwość ani nieporęczność ich broni imitującej "Moko-moko". Gorąco wierzyli bowiem, że poprzez swoje imitujące cechy ich broń nabywa niektórych magicznych mocy broni kosmitów, a stąd łatwo pozwoli im pokonać ich przeciwników.
* * *
       Więcej informacji na temat kosmicznego pochodzenia szatańskich istot obecnie zwanych "UFOnautami", zaś w przeszłości zwanych "diabłami", znaleźć można na stronie internetowej o Bogu. Natomiast dokładniejsze opisy wyglądu tej rasy UFOnautów która wygląda identycznie jak ludzie, a stąd która może sekretnie podmieniać się pod ludzi bez zostania przez nas zdemaskowanymi, zawarte zostały na odrębnych stronach internetowych o nazwach "Antychryst", "UFOnauci", "zło", "kosmici", "26ty dzień", czy "Malbork".)
* * *

Fot. #6a. Fot. #6b. Fot. #6c.

Fot. #6abc: Oto szczegóły anatomiczne powtarzalnie rzucające się w oczy u istot przez naszych przodków nazywanych "diabłami", zaś przez nas myląco przemianowanych na "UFOnautów". Szczególnie widoczny z owych szczegółów anatomicznych to rodzaj jakby pośladko-podobnego wybrzuszenia na ich brodzie. Owo wybrzuszenie omawiam także na stronach internetowych o nazwach "Antychryst", "UFOnauci", "zło", "kosmici", "26ty dzień", czy "Malbork". Innym charakterystycznym szczegółem ich anatomii jest że ich włosy naturalnie rosną im na głowach pod górę czaszki, czyli jakby "na jeża".
       (#6a - lewe) Rękojeść bardzo starej szabli. Ma ona wyrzeźbioną na sobie głowę "diabła" (tj. "UFOnauty"). Ciekawe, że chociaż szabla ta wykonana została bardzo dawno temu, "diabeł-UFOnauta" jakiego pokazuje wyglądem jest bardzo podobny do "Batman" z dzisiejszych amerykańskich filmów. Z kolei jego wzór na twarzy przez Maorysów zwany "moko" jest wyraźnie pokazywany na dzisiejszych filmach o "Spiderman". Owa szabla jest wystawiona w "War Memorial" w Seoulu, Korea Południowa. Jej najbardziej interesującą cechą jest, że pokazuje ona istotę anatomicznie ogromnie podobną do "diabła" z prawego zdjęcia #6c jednak anatomicznie bardzo odmienną od typowych ludzi. Przykładowo broda tej istoty z Korei ma takie samo wybrzuszenie jak broda "diabła" ze zdjęcia #6c wykonanego w Europie. To zaś oznacza, że na przekór iż oba owe zdjęcia (tj. #6a oraz #6c) pokazują rzeźby sporządzone w odwrotnych końcach niemal nieprzejezdnego w czasach ich powstania masywu kontynentalnego Euro-Azji, ciągle rzeźby te uwieczniają genetycznie pokrewne ze sobą istoty. To z kolei ujawnia, że tzw. "diabły" wcale nie są jakimiś nieistniejącymi, "mistycznymi" istotami, a są istotami fizycznymi z ciała i kości, tyle że technicznie wysoko zaawansowanymi, oraz używającymi tej swojej techniki do ukrywania się przed wzrokiem ludzi. "Diabeł" z rękojeści owej szabli ma czarną skórę, podobnie jak owe maoryskie "Taniwha" z Nowej Zelandii pokazane na zdjęciu "#5a" oraz "#5c". Ponadto, na jego twarzy także widać ów wzór ze skóry jaszczurki, przez Maorysów zwany "Moko". Znaczy, że "diabeł" ten wykazuje też cechy anatomiczne (np. owe "Moko") doskonale znane u "diabłów" widywanych w odizolowanej od reszty świata Nowej Zelandii. Warto też zwrócić uwagę na kształt nosa tego "diabła". To właśnie o takim nosie Adam Mickiewicz napisał w "Pani Twardowska", cytuję: "... nos jak haczyk ...". To ten sam nos pokazują zdjęcia maoryskich "Taniwha" z #5a" i "#5c". Patrząc na ten nos, trudno oprzeć się wrażeniu że przypomina on nam kogoś doskonale znanego. Taki "haczykowaty nos" jest drugim po nosie wydłużonym jak marchewka typowym wyglądem nosa "diabłów-UFOnautów" podmieniających się pod ludzi.
       (#6b - środkowe) Zdjęcie całej owej szabli z głową "diabła" (UFOnauty) na rękojeści, której powiększenie pokazane jest na zdjęciu z lewej części #6a. Szokujące w owej szabli jest, że na przekór iż wykonana ona została w Korei, cechy anatomiczne uwiecznionego na jej rękojeści "diabła" wiernie pokrywają się z cechami "diabłów-UFOnautów" widywanych w Europie oraz w Nowej Zelandii - i to na przekór że w czasach wykonania tej szabli Korea nie miała kontaktów z Europą ani z Nową Zelandią. To zaś oznacza, że "diabły-UFOnauci" są istotami globalnymi, ktore w przeszłości prześladowały ludzkość (i prześladują ją nadal do dzisiaj) praktycznie na każdym kontynencie i na każdej wyspie świata.
       (#6c - prawe) Również bardzo stara rzeźba "diabła" (tj. dzisiejszego "UFOnauty" z rasy podobnnej do ludzi), z jednego z Europejskich kościołów. Dokładny opis anatomii owych wyglądem identycznych do ludzi "diabłów-UFOnautów" pokazanych na tej rzeźbie opisany został na całym szeregu stron internetowych wyszczególnionych poprzednio. Tutaj przytaczam tą rzeźbę jedynie aby ukazać jej wysokie anatomicznie podobieństwo z rzeźbą "diabła" z "Fot. #6a" po lewej.


Część H: Podsumowanie, oraz informacje końcowe tej strony:

      


#H1. Podsumo